Chyba każdy w swoim życiu spotkał się choć raz z dziełami Jacka Londona. Amerykański pisarz jest znany choćby z Martina Edena, Zewu Krwi czy Białego Kła. Ta ostatnia książka doczekała się nawet paru adaptacji, z czego jedna właśnie weszła do kin. Mowa tutaj o filmie Alexandre Espigaresa, hiszpańsko-luksemburskiego reżysera, zdobywcy Oscara za krótkometrażowego Pana Hubolta.

Biały kieł przedstawia czasy tak zwanej „gorączki złota“ mającej miejsce pod koniec dziewiętnastego wieku. Wtedy to w okolicach rzeki Klondike odkryto żyły złota, co przełożyło się na wzmożone zainteresowanie tym terenem wśród poszukiwaczy tegoż kruszcu. Tytułowy bohater to wilk z domieszką psiej krwi. Poznajemy go w czasie walki psów, do udziału w której jest zmuszany. Kiedy zostaje uratowany przez Weedona Scotta, zdążył już zostać wielokrotnie raniony. Wtedy też zostajemy zabrani w przeszłość i poznajemy losy Białego kła przed tym, gdy skończył jako forma rozrywki. Jego matka, Kiche, kiedyś była suką, nad którą pieczę sprawowało plemię Indian. Przymuszona głodem, odnajduje owo plemię i dołącza do niego z Kłem. Szybko zostają jednak rozdzieleni, a protagonista, w wyniku spisku, trafia w miejsce, w którym spotkaliśmy go na początku filmu.

Animacja posiada specyficzną kreskę, która mi, jak i prawdopodobnie części pozostałych odbiorców, nie przypadła do gustu. Nie wygląda źle, gdy mówimy o spoglądaniu na obiekty z pewnego dystansu, gdyż wtedy wyglądają naprawdę ładnie i udanie, szczególnie jeśli mówimy o elementach krajobrazu takich jak lasy czy góry. Dużo większym problemem są zbliżenia. Wtedy to bardzo dobrze widać, że rzeczy są pozbawione wielu detali, a postaci (w tym także zwierzęta) sprawiają momentami wrażenie kartonowych. Jednak nie należy zapominać, że Biały kieł jest przede wszystkim kierowany do dzieci, a mam nieodparte wrażenie, że młodszym kinomanom takie rozwiązania mogą śmiało przypaść do gustu.

Przyjemnie wypada muzyka, za którą odpowiadał francuski kompozytor Bruno Coulais. Francuz jest wyjątkowo doceniany w swojej ojczyźnie i Biały kieł może potwierdzać ich zachwyty. Podkład nie jest nachalny czy nieznośny, ale często w bardzo dyskretny i miły dla ucha sposób dopełnia poszczególne sceny. Swój udział w tym miał rzecz jasna także fakt, iż za wykonanie utworów odpowiada Orkiestra Filharmonii Luksemburskiej dyrygowana przez Gasta Waltzinga. Dzięki temu wszystkiemu oprawa audio stoi na wysokim poziomie.

Jakby nie patrzeć, Biały kieł to dzieło przeznaczone głównie dla dzieci. Nie zawiera w sobie tak wielu treści skierowanych dla młodszych i starszych jak choćby produkcje Pixara czy Disneya. Na osłodę pozostaje jednak fakt, iż sam Kieł, nawet przy tak specyficznej kresce, wygląda ładnie i może cieszyć oko widza. Sam seans nie należy także do najdłuższych, więc naprawdę ciężko o znudzenie nim.

Debiut pełnometrażowy Alexandre Espigaresa to całkiem przyswoicie nakręcony i zaplanowany film. Oczywiście najprędzej przypadnie do gustu najmłodszym, choć zaznaczyć trzeba, że momentami jest brutalny, szczególnie jak na bajkę, trochę gorzej natomiast ze starszymi odbiorcami. Pomimo tego warto rozważyć tę produkcję i wejść w świat kanadyjskiej zimy i Białego kła.

6,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.