Duet: Justin Benson i Aaron Moorhead, to prawdziwi, rzekłabym, ludzie renesansu – z tego względu, że twórcy odpowiedzialni są za każdy aspekt swoich dzieł, począwszy od scenariusza i reżyserii, przez operatorkę, a na wcieleniu się w głównych bohaterów kończąc. Ich najnowszy film – Endless (2017) – stanowi niejako kontynuację ich debiutu, mianowicie Resolution (2012), poruszając podobne motywy, lecz ze zwiększoną dozą wnikliwości. Twórcy zatem już wcześniej pokazali swoje umiejętności w kreowaniu osobliwych światów; w nowym obrazie mamy do czynienia z prawdopodobnie najbardziej wycyzelowanym ich stylem. Endless zadziwia wyjątkowo wyważoną (przynajmniej – bądź zwłaszcza – w pierwszym akcie) fuzją horroru, thrillera (także psychologicznego, poniekąd) i sci-fi z porywającą atmosferą tajemniczego ,,czegoś” pod powierzchnią, nawet jeżeli druga część, w moim przekonaniu, nie zasługuje już na aż tak optymistyczną ocenę.

Dzieło otwiera cytat z Lovecrafta (Nadnaturalny horror w literaturze, 1927) traktujący o tym, że najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym, co już samo w sobie zapowiada nastrój i eksplorację tegoż motywu. Bracia Aaron i Justin (w tych rolach reżyserowie bez zmiany imion) dziesięć lat wcześniej wyrwali się z sekty (bądź komuny quasihippisowskiej), jednak w nowym, normalnym życiu nie są w stanie wiązać końca z końcem, przez wzgląd na problemy finansowe, ciężką pracę i nieumiejętność zawiązania jakichkolwiek relacji (z tego też powodu uczęszczają na terapie psychiatryczne). Pewnego dnia otrzymują kasetę z nagraniem, na którym przemawia członkini ugrupowania, mimo, że – podług zapewnień starszego z braci – wszyscy z obozu mieli popełnić zbiorowe samobójstwo. Rodzeństwo zapamiętało lata dojrzewania w Arcadia Camp jako okres spokoju, dobrobytu i jedności z naturą; zwłaszcza młodszy, Justin, nie może darować sobie zaprzepaszczenia możliwości bezproblemowej egzystencji. Wkrótce oboje decydują się powrócić w tamte strony, rzekomo w odwiedzinach, zaś atmosfera miejsca pochłania ich. Jednocześnie, powoli zaczynają objawiać się pewne anomalie i zjawiska, sprawiające, że kult sekty okazuje się nie być tak do końca bezzasadny. Bezsprzecznie ,,coś” wisi w powietrzu, jednak zdradzanie dalszego toku fabuły poskutkowałoby nieuchronnym spoilerem i wyjaśnieniem tego, co powinno pozostać niedopowiedziane. Jednocześnie ostrzegam, że w recenzji mimo wszystko pojawią się tropy, które, być może, już zdradzają nazbyt wiele.

Zasadniczym problemem, przynajmniej w moim przekonaniu, zdaje się dosadność ostatnich scen (zwłaszcza finału), obrywająca ową kreśloną wcześniej mgliście, wrzącą i tak magnetyzującą tajemnicę z resztek swojego mrocznego uroku. Wyjaśnianie zawiłości tego osobliwego świata, wykładanie znaczenia poszczególnych zjawisk czy unaocznienie kształtu i natury owego ,,czegoś”, co prawda nie do końca upersonifikowanego, ale i tak wyraziściej odmalowanego, miast pozostawienia go sferze domysłów i mrzonek w duchu onirycznym, skutkuje lekkim wytrąceniem ze skrzętnie budowanego klimatu i, być może, najpoważniejszym strzałem w kolano. Nie jakimś tragicznym, ale ze wszystkich błędów – najwidoczniejszym, choćby w opinii tych, który dali się uwieść atmosferze pierwszej części.

Z kolei na plus wychodzą, jak najbardziej, jawne inspiracje, rzekłabym, nostalgią ,,kultury VHS”, kultury analogowej, wpisującą się w ówczesną, szerszą tendencję à la Stranger Things (2016-) oraz wykorzystanie starszej technologii i osobliwych zaburzeń z nią związanych (kreując tym samym momentami atmosferę troszeczkę w stylu lynchowskim); i choć zapewne w dużej mierze na wybór takowych zabiegów miał wpływ ograniczony budżet, to właśnie taka forma i użycie takich środków najpełniej współgrało ze stylem duetu, samookreśliło go i wycyzelowało.

Endless nie jawi się jako prosty, bazujący na atrakcji film gatunkowy; choć może (po zapoznaniu się ze skrótem fabuły) zabrzmieć to irracjonalnie, to wyodrębnianie z niego znaczeń (przypuszczalnie symptomatycznych, ale po części implicytnych, niepozbawionych czytelnych podstaw) nie powinno budzić śmiechu. Oczywiście, najprościej byłoby rzec, że to opowieść traktująca o braterskiej więzi, ich emocjonalnej wędrówce i przepracowywaniu wzajemnych animozji; o pożądaniu nieśmiertelności i lęku przed obowiązkami, a także o wyrwaniu się z niewoli strachu. Lecz szerzej – może też odnosić się to do obawy przed życiem w ogóle, ponieważ, podług zasygnalizowania tego tematu wyraźnie w pierwszej części, dzieło Bensona i Moorheada mówi o zderzeniu się dwóch postaw – niemożności znalezienia sobie miejsca w dorosłym, normalnym życiu (ale za to pełnym wolności, racjonalnego spojrzenia; sam sobie jesteś kowalem losu, nawet jeżeli owe brzemię cię przerasta) a pozbawienia się niejako suwerenności na rzecz kultu, religii, ideologii – jak zwał, tak zwał; słowem – czegokolwiek, co wytyczałoby ścieżki za ciebie, określało sens życia i czuwało nad tobą, nawet jeżeli oznacza to toksyczną zależność.

Trzeba przyznać, że warstwa audiowizualna dzieła zasługuje na uznanie; Moorhead jako operator sprawił się zaskakująco dobrze – liczne, zsubiektywizowane punkty widzenia adekwatnie korespondują z atmosferą suspensu, zaś dynamiczna praca kamery potęguje dramaturgię. Zabiegom towarzyszy zniekształcona warstwa audialna, na przykład wyolbrzymiany, przeinaczany i lekko ,,zdarty” lejtmotyw w postaci piosenki House of a Rising Sun. Nadto twórcy tasują i przerzucają znanymi motywami z fantasy i sci-fi, ale zupełnie nie męcząc konwencji; sięgają chociażby po wspomniane już, niezidentyfikowane ,,coś”, pętlę czasu na kształt (moje osobiste skojarzenie) tej z Osobliwego domu pani Peregrine (2016, reż Tim Burton) lub  też odgrywania fabuł z Westworld (2016-), gdzie, podobnie jak w Endless – bohaterowie czynią to bez świadomości, dopóki nie pojawią się pęknięcia w rzeczywistości. Poza formą zaś – to film, rzekłabym, osobliwy, po prostu dziwaczny, nurtujący; być może co bardziej cynicznym osobom się nie spodoba. Z pewnością można powiedzieć, że cechuje go zawiłość fabularna, ale obnażenie tajemnicy w sposób łopatologiczny w drugiej części niektórych może rozczarować. Zapewne ,,szkopuł” tkwił w fakcie, że autorzy stworzyli to dzieło w zasadzie samodzielnie – a wówczas trudno o stosowny dystans, chroniący przed zauroczeniem własnym projektem. Tak czy inaczej, warto dać Endless szansę, jeżeli jest się fanem takich klimatów.

 

6,5/10

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.