Nie można rzec, by urodzony w Tel Avivie, obecnie pięćdziesięciosześcioletni Samuel Maoz był personą określaną w środowisku filmowym jako, powiedzmy, kreator nurtu bądź ,,twórca znamienny dla” – z tego względu, że reżyser na swoim koncie ma zaledwie dwa pełnoprawne filmy fabularne. Niemniej jednak, w jego przypadku wspaniałą rekompensatą zdaje się być jakość serwowanych dzieł. Podobnie jak dziewięć lat temu z ogromem pochwał (chociażby Złoty Lew na MFF w Wenecji, nagrody i nominacje od Europejskiej Akademii Filmowej) przyjmowano jego Liban (2009), traktujący o konflikcie z lat 1982-1985 (jako, że Maoz brał w nim czynny udział), tak w 2018 równie wielką furorę wzbudził kolejny jego obraz, mianowicie Fokstrot. Jakkolwiek obie produkcje nie byłyby zbliżone tematycznie, widać wyraźną różnicę w formie i potraktowaniu motywu wojny – Liban przejmował dosadnością i brutalnością, odzwierciedlał perspektywę żołnierzy izraelskich, zaś w nowym filmie Maoz pokusił się o znacznie szerszy, ambitniejszy i artystycznie (wręcz poetycko oraz z ogromną dozą satyry) ukazany punkt widzenia.

Fabuła Fokstrotu podzielona została na trzy wyraziste sekwencje, co swoim kształtem przypomina niejako tryptyk; byłoby rzeczą nierozsądną zdradzać szczegóły zwrotów akcji, a zarazem trudno wyjawić cokolwiek szerzej bez ich wzmiankowania. Dość rzec, że miejscem wydarzeń uczyniono współczesny Izrael; początkowo śledzimy losy rodziców, Michaela (Lior Ashkenazi) i Daphne (doskonała Sarah Adler), którzy dowiadują się o stracie swojego syna, Johnatana (Yonathan Shiray) podczas pełnienia służby wojskowej, zaś później zostajemy do niego przeniesieni na teren przygraniczny – konkretnie na prowizorycznie wyglądający posterunek, gdzie młodzi mężczyźni, kolokwialnie rzecz ujmując, ,,odbębniają” swoje niczym niezmącone, w gruncie rzeczy piekielnie monotonne i nudne warty, będąc naocznymi świadkami bezpośredniego zderzenia wyimaginowanych, heroicznych i rozdmuchanych obrazów wojny ze zgrzebnością realiów.

Przeniesienie ciężaru i skupienie perspektywy na ,,wojnę w umysłach” i uczucia zwyczajnych cywilów oraz jednostkowość ich tragedii implikuje sporą dozę gorzkich, trafnych i adekwatnych w naszych czasach słów o rzekomej ,,powinności” czy ,,obowiązku”, idealnie pointując nacjonalistyczne, gloryfikujące podejście do konfliktów. Maoz precyzyjnie kreśli absurd sytuacji, działań wojennych jako takich (nie tylko tych prowadzonych przez izraelski rząd) – ich groteskę i nienormalność, najmocniej potęgowaną w sekwencjach z akcją usytuowaną na posterunku, gdzie w zasadzie wróg, wbrew propagandzie, nie istnieje, strzały zazwyczaj padają z ekranu tabletu bądź z głośniczka w robocie-zabawce, sami bohaterowie irracjonalnymi dialogami o inwigilacji czy zabijającymi inercję działaniami próbują sobie jakkolwiek racjonalizować ów absurd, zaś przemożna cisza napina ich nerwy jak postronki, doprowadzając w końcu do bezsensownej tragedii. Nie ma tu w zasadzie niczego, co by korespondowało jakkolwiek z apoteozującymi, idealizującymi wojnę słowami, służącymi rzecz jasna brązownictwu, które słyszymy w pierwszym akcie.

Krytykę bezzasadnej, wmówionej wręcz wojny poprzez takie stężenie absurdu, Maoz wpisuje w szersze dzieje, opowiadając także o pokoleniowym balaście i nieprzepracowanej traumie po Holocauście; o konflikcie pokoleniowym i nowym spojrzeniu oraz demitologizacji odwetu, będącego udziałem narodu izraelskiego. Nie pochwala odcięcia się od przeszłości (motyw sprzedanej Tory za magazyn z nagą kobietą jako wyrzut sumienia), ale sugeruje, że obecne konflikty są irracjonalne – wpisują się w szaleńczy, powtarzalny bieg historii, który zawsze jednak – podobnie jak kolejne kroki w fokstrocie – wróci do punktu wyjścia, oferując nic więcej, jak tylko spotęgowaną dozę goryczy i agresji. To błędne koło brutalności, jak zdaje się sugerować reżyser, powinno kiedyś – jeżeli chcemy przynieść ukojenie światu – zostać porzucone, unieważnione i zanegowane, tymczasem nic nie wskazuje na to, by nasza cywilizacja i tkwiące w tym festiwalu kuriozum narody chciały zrezygnować z napuszonych, rozdmuchanych quasipowodów i usprawiedliwień przemocy.

Rzecz jasna, powyższe rozważania nie oddają w pełni wirtuozerii w wyważeniu emocji, niedorzeczności i goryczy, jakim popisał się Maoz w tym majstersztyku, jednakże szersza analiza poskutkowałaby nieuchronnym ,,spoilerem”. Warto poza tym zwrócić uwagę na aspekty audiowizualne dzieła (brawa dla Giory Bejach). Przede wszystkim rzuca się w oczy kontrast pomiędzy ascetyzmem pierwszych kadrów, a brudem, mglistością i feerią zgaszonych, nierzadko nieomal lynchowskich kolorów scen późniejszych – leniwych, ospałych, ale pełnych wrzącego podskórnie napięcia. Liczne ujęcia z góry i zabawy operatorskie, nawet jeśli część krytyków określi je mianem ,,przerostu formy”, mile łechcą odczucia estetyczne, a poza tym są w stanie uzyskać znaczenie implicytne aka symptomatyczne (perspektywa lotu ptaka nierzadko ujawnia klaustrofobię pomieszczeń w scenach rozpaczy, zaś stwierdzenie, że to punkt widzenia siły wyższej, nie jawi się jako zupełnie pozbawione sensu). Nadto doskonałym posunięciem zdaje się surrealistyczna, groteskowa sekwencja ,,komiksowa” z nad wyraz płynnym przejściem ku następnemu aktowi, który ponownie zaburzy równowagę i zatopi widza w absurdzie. Choć powolność narracji stała się obecnie swoistą normą w filmach spoza głównego nurtu, z rzadka mogą one się pochwalić tak trafnym użyciem tego zabiegu; slow w wykonaniu Fokstrota leży idealnie i zdaje się być doskonale ,,usprawiedliwione”.

Zupełnie nie dziwi mnie decyzja jury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji, aby ponownie obdarzyć Maoza licznymi nagrodami (Srebrny Lew, Nagroda Specjalna, Nagroda Arca Cinemagiovani). Jednocześnie, choć niewątpliwie Fokstrot wpisuje się w pewną tendencję kina izraelskiego, opowiadającego o wojennych doświadczeniach, nie do końca zasadne wydaje mi się przyrównywanie go do Walca z Baszirem (jakie poczynili różni krytycy), koprodukcji w reżyserii Ariego Formana z 2008 roku, jako, że portretuje to zagadnienie z innej perspektywy, poszerzając jednocześnie temat o uniwersalnie ujętą kwestię sztuczności kreowania wojen, zakorzeniania jej i siania w umysłach oraz samopowtarzającej się pętli agresji izraelskiego narodu i, szerzej, ludzkiej. Audialnie oraz (zwłaszcza) wizualnie film Maoza jest doskonały; nawet jeżeli aktorstwo momentami wydaje się ,,rozbuchane”, wciąż postrzegam je za adekwatne. Fokstrot to mocna pozycja, z pewnością istotna w dyskursie i jeżeli na następne dzieło Izraelczyka zmuszeni będziemy poczekać kolejne parę lat – nie szkodzi; dziś widzę, że zdecydowanie warto.

8,5/10

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.