Już od początków kina jednym z cieszących się największą i nieustającą sympatią widzów był film gangsterski. Dzięki niemu często prawi i żyjący zgodnie z prawem obywatele, mogli poczuć się jak największy przestępca, zabijający policjantów i cywili. Nie może więc dziwić, że ta tematyka podejmowana jest także współcześnie. Jednym z przykładów może być najnowsza produkcja Kevina Connolly’ego, Gotti, opowiadająca historię jednego z czołowych mafijnych bossów w USA.

Kim dokładniej był John Gotti? Początkowo zwykłym członkiem Rodziny Gambino. Z roku na rok piął się coraz wyżej w jej szczeblach i wreszcie w latach osiemdziesiątych przejął przywództwo w niej. Oczywiście by to osiągnąć posuwał się do licznych spisków czy morderstw, nie oszczędzając nikogo, kto stał mu na drodze. W związku z wieloma procesami procesami, kończącymi się zazwyczaj jego uniewinnieniem, media zaczęły go określać mianem „Teflonowego Dona“, bo unikał wszystkich zarzutów mu stawianych. Jego kariera zakończyła się w latach dziewięćdziesiątych w wyniku przełomowego wydarzenia dla amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, którego jednak nie będę przybliżał, chcąc tym samym uniknąć większych spoilerów.

Historia Johna Gottiego brzmi naprawdę ciekawie, z pewnością jest to materiał na niejeden film, tym bardziej że sam mafioso był wyjątkowo medialną postacią. Co mogło w takim wypadku pójść nie tak? Wydaje się, że Gotti najbardziej cierpi na gruncie scenariusza i reżyserii. Pragnąc zmieścić w fabule jak najwięcej, twórcy poszli na spore uproszczenia i ukazują nam jedynie ważniejsze, według nich, epizody z życia Gottiego. Pierwotnie to założenie wydaje się słuszne, wszak nie da się pokazać całej biografii w niespełna dwugodzinnym filmie. Jednak czym bardziej zagłębimy się w fabułę, tym gorszym rozwiązaniem się to okazuje. Już pomijam fakt, że momentami osoba niezaznajomiona z mafią może nie do końca rozumieć co i dlaczego dzieje się na ekranie, większym defektem jest czas poświęcony na każda z postaci. Żadna z nich nie ma silnego profilu psychologicznego, zdaje się raczej, iż oglądamy puste manekiny wygłaszające co pewien czas swoje kwestie. Sammy Gravano, osoba, która czynnie przyczyniła się do upadku Gottiego, jest w filmie bohaterem ledwie drugoplanowym i nie wysuwa się z tego drugiego planu, nawet w najważniejszych dla siebie chwilach. Tak samo sytuacja wygląda z Gottim Juniorem, następcą swojego ojca w szeregach Rodziny Gambino.

John Travolta stara się jak może aby oddać cały urok swojej postaci, jednak wychodzi mu to różnie. Przeżył on już Gottiego, który zmarł w wieku sześćdziesięciu dwóch lat (Travolta ma sześćdziesiąt cztery) i widać to, szczególnie w scenach, gdy odgrywany przez niego bohater ma około czterdziestu lat. Mimo tego występ amerykańskiego aktora stanowi niezaprzeczalny plus całości.

Pozytywów można również doszukiwać w archiwalnych nagraniach umieszczonych w produkcji. Zawsze przyjemniej ogląda się film, który próbuje jakoś wpleść w swoją fabułę materiały z czasów akcji i tak jest właśnie tutaj. Szkoda jedynie, że ktoś nie podążył tym tropem, bo materiały owe rzucają nowe światło na pewno rzeczy. Choćby podczas pogrzebu widzimy tłumy postrzegające Gottiego jako pozytywnego bohatera, nie gangstera. Może więc fabuła powinna iść w tę stronę i miast fragmentów z życia pokazać nam istotę jego fenomenu? Nawet kosztem przedłużenia filmu.

Suma sumarum, Gotti rozczarowuje. Z historii mającej potencjał porównywalny do tej z Ojca chrzestnego nie wyszło nic ciekawego. Momentami nudna, nieangażująca widza. John Gotti z pewnością zasługuje na coś lepszego i pozostaje mieć nadzieje, iż kiedyś coś takiego zostanie stworzone.

3/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.