Trzynaście lat oczekiwań na kontynuację zwykle skutkuje ogromnymi wymaganiami, szczególnie zaś widocznymi w medium filmowym, którego technologia i animacja wykonała w tym czasie co najmniej parę, rzekłabym, może nie kroków milowych, ale z pewnością – zauważalnych gołym okiem postępów. Na fali nostalgicznych powrotów przypłynęła także (w końcu!) tak długo wyglądana, druga część pixarowych Iniemamocnych (2018) – szczerze powiedziawszy, już przestawałam mieć nadzieję, że twórcy kiedykolwiek powrócą jeszcze do przygód obdarzonej supermocami, szalonej rodzinki (krótkie metraże-zajawki nie liczą się), na szczęście jednak – myliłam się. Ostatnio porównywalnie sporą dawkę takiego sentymentu zafundowała mi tylko produkcja Krzysiu, gdzie jesteś? (2018, reż. Marc Forster).

Entuzjazm podsycał fakt, że wszystko zostało wykreowane ,,po staremu” – ci sami (miej więcej) twórcy – reżyserem i scenarzystą Brad Bird (w polskiej wersji za dialogi znów odpowiedzialny Jakub Wecsile), scenografem (w zasadzie dyrektorem artystycznym) Ralph Eggleston, montażystą Stephen Schaffer; nadto Iniemamocni 2 raczą nas podobną stylistyką (co podtrzymuje ciągłość), humorem, nawiązaniami do jedynki, komiksowością, a nawet, w wielu miejscach, muzyką (zresztą ponownie autorstwa Michaela Giacchino). Poza tym jednak, nowe dzieło Birda nie jest wtórne; serwuje teoretycznie analogiczną historię o wychodzeniu z cienia i sile rodzinnych więzi, ale zahacza przy tym o nowoczesne tematy i trendy, co może być źródłem znakomitej rozrywki dla starszej widowni. Taka wszak była intencja; przygody Parrów bawiły nasze pokolenie i stanowiły jeden z kilku kultowych wręcz animacji, znamiennych dla epoki, na których się ,,wyrastało”. Dziś Iniemamocni 2 oferują możliwość zabrania do kina następnej generacji i zafundowania im tych samych doznań, przy jednoczesnej radości nas samych.

Akcja kontynuacji rozpoczyna się w tym samym, emocjonującym miejscu, gdzie urwał się finał poprzedniego filmu i chociaż walka z Człowiekiem – szpadlem aka Człowiekiem – kretem została poszerzona o dodatkowe sceny, nie on będzie głównym antagonistą. Pojedynek kończy się scenami pobojowiska; Iniemamocni ponownie podlegają konieczności ,,zejścia do podziemi” i rozpoczęcia życia jako ,,normalni obywatele”. Przypomina to nieco aluzję to pewnych grup społecznych w naszych realiach, ,,ukrywających się” bądź izolujących ze względu na swoją odmienność. Tak czy inaczej, ich drogi krzyżują się jednakże z zagadkowym rodzeństwem – milionerem, Winstonem Deavorem i jego siostrą, geniuszem-wynalazcą, Evelyn – proponującym współpracę Elastynie (jako, że w statystykach figuruje jako superbohater wyrządzający najmniejsze szkody dobru publicznemu), dzięki której mogłaby ona odbudować reputację superbohaterów i uczynić ich działania z powrotem legalnymi. Zatem pan Iniemamocny zostaje oddelegowany do opieki nad dziećmi (przysłowiowej, stereotypowej ,,kuchni”), zaś jego żona, dotychczas w sumie jedynie ogrzewająca się w blasku chwały swojej drugiej połówki, wyrusza do walki z przestępcami oraz tajemniczym Screenslaverem (Zniewalaczem ekranów). W obu przypadkach są to zadania iście heroiczne.

Niezmiernie spodobał mi się zabieg ustawienia Elastyny w centrum opowieści i uczynienie jej tak wyrazistą i silną. Zresztą patrząc czysto pragmatycznie, była wyborem nad wyraz adekwatnym, zważywszy na jej umiejętności, dające przecież większe pole do popisu w przypadku spektakularnych scen (liczne ,,stunty”, które implikują dynamiczny montaż i wymyślne punkty widzenia). Zamiana ról dla obu bohaterów okazuje się być sporą dawką wyzwania, a koniec końców przynosi sympatyczny morał. Być może dzieci nie będą w stanie wyłowić takich niuansów, bo nie są najpewniej świadome istotności podobnych dyskursów w kulturze; tak czy inaczej jednak, motyw potraktowano z grzejącą dobrodusznością i ogromną dawką humoru, dzięki czemu oczko zostaje puszczone do obu grup wiekowych.

Za minus można chyba jedynie postrzegać kreację antagonisty – albo też: zbyt prędkie ujawnianie się go. Charakterowo określiłabym Screenslavera oczywiście mianem interesującego; z pewnością powody, dla których przeprowadza swoje zuchwałe ataki nie mogą być postrzegane, jako zupełnie pozbawione podstaw. Problem w tym, że co bardziej obeznany widz dość szybko połączy kropki, tym bardziej, że dziwnym zbiegiem okoliczności oponent wyjawia jakoś szczególnie znajome nam zdolności. Mimo wszystko jednak najistotniejsze raczej staje się to, co ma do powiedzenia. Jakkolwiek populistycznie nie brzmiałaby tyrada Sceenslavera na temat samo-zakleszczenia i ubezwłasnowolnienia społeczeństwa na rzecz uzależnienia od mediów oraz niesionych przez nie wszystkich nierealnych kreacji, wyobrażeń, które czynią ludzi słabymi i nieumiejącymi zająć się własnym życiem, ma ona oczywiście sporą dawkę niezaprzeczalnego sensu. Motyw być może po stokroć przemielony w kulturze, ale z pewnością potrzebny do uzmysłowienia najmłodszym widzom.

Jak zwykle, w Iniemamocnych spotkamy się oczywiście z budującym obrazem rodziny i jej wartości; przeniesienie Boba do domu i włożenie mu w ręce obowiązków związanych z wychowaniem skutkuje może nie poruszającymi, ale przynajmniej wartościowymi obrazami relacji ojcowskiej względem swoich dzieci. Te z kolei nie stanowią jedynie, kolokwialnie rzecz ujmując, tak zwanej ,,doczepki” czy ,,comic-reliefu” – momentami wręcz napędzają akcję, zaś ich wątek uzyskuje status wiodącego trzonu fabularnego. Ostatecznie, ponownie familia Parrów wygrywa pojedynki tylko dzięki sile swoich więzów i jedności, co jest głównym morałem bajki.

Iniemamocni 2 zachowują czarującą ciągłość, wzbogaconą jednakże o nowe tropy i motywy. Dubbingowo film stoi na wysokim poziomie – jak zwykle zresztą, co nie powinno już nikogo dziwić. Cieszy fakt, że w roli Edny (która ponownie kradnie uwagę w paru scenach) wystąpiła jeszcze Kora (Olga Aleksandra Sipowicz) – jej kreacja, moim zdaniem, jest niepodrabialna i zawsze będzie przewyższać angielski oryginał (podobnie, jak w przypadku Piotra Fronczewskiego jako Boba). Sukces animacji Birda zdaje się potwierdzać jej box-office – zarobiła w sumie aż 1,177,049,967[1] dolarów (co sytuuje ją na czwartym miejscu w rankingu z 2018, zaś na siedemnastym – ogólnie), a dodać należy, że nadal grana jest w części kin. Warto zatem się wybrać, jeżeli ktoś do tej pory nie miał okazji!

 

7,5-8/10

[1] https://www.boxofficemojo.com/movies/?id=theincredibles2.htm

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.