Ach muppety — każdy chyba kojarzy te kukiełkowe stworki. Stworzone przez Jima Hensona szybko podbiły serca zarówno dzieci jak i ich rodziców. Od tego czasu pojawiały się w przeróżnych odsłonach — jako lalkowa wersja Queen śpiewająca Bohemian rhapsody, jako bohaterowie adaptacji Opowieści wigilijnej. Wędrowały nawet przez Oz z Dorotką. Tym bardziej dziwić może fakt, iż Brian Henson, syn Jima, postanowił stworzyć wersję muppetów przeznaczoną jedynie dla dorosłych.

Ciężko ocenić, czym tak naprawdę są Rozpruci na śmierć. Podobno ma być to komedia. Cóż, zupełnie mnie nie rozśmieszyła. Wulgarny, kloaczny humor rzadko kiedy potrafi być bazą pod ciekawy film. Również da się usłyszeć głosy, że jest to kryminał. To może i bardziej, jednak intryga nie jest wciągająca. Nawet pomimo dość krótkiego czasu trwania (około dziewięćdziesięciu minut) potrafi znużyć i prawie uśpić widza. Na czym ona polega? Powoli zaczynają ginąć kukiełki, w okropnych okolicznościach warto dodać (można rzec, że zostają „rozprute na śmierć“). Wszystkie zdaje się łączyć jeden fakt — przed laty grały w tym samym show telewizyjnym. W śledztwo zaangażowana jest Connie Edwards (Melissa McCarthy) i Phil Phillips, pierwszy muppet, który został policjantem, choć pewne wydarzenie z przeszłości pozbawiło go odznaki i stopnia.

Zaczerpnięte motywy z kina neo-noir czy też buddy cop film nie dodają całości żadnego uroku. Postać prywatnego detektywa, zmagającego się z własnymi demonami, widzieliśmy w kinie już niejeden razy. Część była bardziej udana, część w ogóle. Phillips na pewno nie zapisze się w dziejach kina jako nowy J.J. „Jake“ Gittes, bliżej mu do tych drugich bohaterów. Wszak samo prowadzenie przez niego narracji (momentami), kapelusz i marynarka nie sprawią, iż zwrócimy na niego większą uwagę i zainteresujemy się skrywaną tajemnicą.

Podobnie sytuacja wygląda ze wspomnianym buddy cop film. Nie wystarczy zamknięcie w samochodzie dwóch osób o przeciwnym charakterze, żeby nas rozśmieszały. Wypada zadbać o odpowiedni scenariusz, który uwypukli te różnice, ale zrobi to umiejętnie i nie doprowadzi do zażenowania. Skoro już mowa o tym nieszczęsnym scenariuszu to, no cóż, nie wiem, czy kogoś jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku bawi sperma kapiąca z sufitu na ubranie jednego z bohaterów. Tak samo sprawa wygląda z wpychaniem wszędzie erotyki i narkotyków. To samo z siebie nie uczyni nic śmieszniejszym, a nawet wręcz przeciwnie.

Również zakończenie trochę mnie rozczarowało. Skoro już wszędzie informujemy o tym, że film jest „X rated“, to może happy end, sprawiający chyba wrażenie troszkę wymuszonego, użytego jedynie po to, żeby główna postać mogła odkupić swe winy, nie byłby potrzebny? Na plus nie grają nawiązania do innych produkcji — jeśli bohaterka założy nogę na nogę odsłaniając przy tym bieliznę, dzieło nie staje się z marszu Nagim instynktem.

Czy jest w filmie Hensona coś, do czego nie można się przyczepić? W sumie tak. Muzyki nie miałem dosyć. No i w sumie same kukiełki są bardzo przyjemne do oka, choć to pewnie kwestia tego, iż po prostu lubię ten wygląd muppetopodobny. Szkoda tylko, że z reszty pomysłów raczej nic nie wyszło, bo bez silenia się na całkowicie niezabawną komedię i zmieniając odrobinę fabułę, można było otrzymać dość ciekawy kryminał, lekko w stylu neo-noir, rozgrywający się w świecie muppetów. Czy na takie coś mogłoby być wzięcie? Zaryzykuję twierdzenie, że tak.

Podsumowując, Rozpruci na śmierć nie są dobrą produkcją. Wiele rozwiązań zawodzi, męczy i uprzykrza seans. Humor raczej żenuje i to w ten najmniej przyjemny sposób. Jeśli tak ma wyglądać styl „dorosłych“ muppetów, to może warto go przemyśleć i choć w jakimś stopniu zmienić.

2/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.