Rekiny zdają się być bardzo popularnym tematem dla filmowców. Szczęki Spielberga zrealizowane w 1975 roku odniosły pewien sukces, zdobywając nawet parę Oscarów. Po wielu latach najbardziej rozpoznawalnymi filmami poświęconymi tym rybom są chyba jednak te z serii Sharknado, będące solidnym przykładem kina klasy B. Czy The Meg Jona Turteltauba ma szansę zmienić ten status?

Czym jest tytułowy Meg? Otóż to megalodon, prehistoryczny rekin, który wymarł kilka milionów lat temu. Jak w takim wypadku znalazł się w filmie? To proste — grupa naukowców zeszła zbyt głęboko poniżej poziomu morza i natknęła się na miejsce zamieszkane między innymi przez owe megalodony. Gdy zostali zaatakowani, bardzo szybko do akcji postanowiono zrekrutować Jonasa Taylora, czyli Jasona Stathama. Poprzez nieuwagę przyczynia się on do wyjścia tych potworów z morskiego dna na powierzchnię, w związku z czym postanawia podjąć nierówną walkę z o wiele większym przeciwnikiem. Z przeciwnikiem, z którym miał już na pieńku przed rozpoczęciem właściwej historii.

Sama akcja w The Meg nie jest aż tak wartka, jak można by przypuszczać, sądząc choćby po zwiastunach. Pierwsza część ogranicza się jedynie do akcji ratunkowej i zagadki, co zaatakowało naukowców pod wodą. Może i to pytanie mogłoby być ciekawe, gdyby tytuł nie zdradzał od razu odpowiedzi na nie. Gdy już niesienie pomocy zostanie zakończone, tempo filmu lekko przyspiesza. Nie można tego jednak wciąż uznać za szybkość zdarzeń, której byśmy się spodziewali po solidnym kinie akcji. Momentami można odnieść wrażenie, iż znaczna część scen została przegadana i mało wnosi do całości.

Pewnym problemem, przynajmniej dla mnie, jest także styl The Meg. Są takie chwilę podczas seansu, kiedy można dojść do wniosku, iż Turteltaub parodiuje inne produkcje tego typu. Choćby schematyczność fabuły czy postaci. Zdolna pani naukowiec z dzieckiem, twardziel ratujący wszystkich, niezwykle bogaty zły charakter, te typy znamy z prawie każdego filmu. Historia także była ogrywana wiele razy, a pewno alogiczne rozwiązania w niej zawarte zdecydowanie podważają powagę całości. Nie można mieć jednakże absolutnej pewności, czy faktycznie taki był zamiar, czy po prostu tak to wyszło ostatecznie, choć w planach miał to być film jak najbardziej poważny. Jeśli prawdziwa jest ta druga teza, to The Meg zawodzi niestety po całości, nie wprowadzając nic nowego i powtarzając wciąż te same kalki.

Jason Statham gra głównie określone rolę wspomnianych wcześniej twardzieli. Można go za taki dobór kreacji krytykować lub nie, ale przyznać trzeba, iż radzi sobie z nimi naprawdę dobrze. Aktor ma ekranową charyzmę, która często ujawnia się w takich właśnie postaciach. Nie inaczej jest w The Meg, gdzie Jonas Taylor (swoją drogą mamy tutaj biblijne nawiązanie do Jonasza) stanowi zdecydowany plus produkcji. Przyjemnie się śledzi jego poczynania, co znacznie podnosi poziom produkcji.

Podsumowując, The Meg to przykład kina akcji, które spokojnie mogłoby być czymś więcej, gdyby tylko reżyser na to zezwolił. Nie chodzi tutaj nawet o odejście od schematów, ale o ich wyśmianie, parodiowanie. Szkoda, bo potencjał był. Gdyby został choć w części wykorzystany, seans mógłby naprawdę na tym skorzystać i zapaść w pamięci ludzi na dłużej (choćby jak wymieniona na początku seria filmów poświęcona tornadu rekinów), a tak dostaliśmy film, o którym pewnie wszyscy szybko zapomną.

4,5/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.