Rosencrantz i Guildenstern nie żyją w reżyserii Toma Stoppard

Fabułę Hamleta Williama Szekspira zna chyba każdy. Historia duńskiego księcia mocno wniknęła w światową kulturę, stając się również inspiracją wielu filmów czy nawet piosenek. Dlatego bardzo ciekawą sprawą jest dzieło Toma Stopparda — Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, stanowiące zupełne inne podejście do historii Duńczyka.

Rosencrantz i Guildenstern to poboczne postaci dramatu napisanego przez Anglika. Oryginalnie ich rola jest  niewielka. Ot, pojawiają się co pewien czas jedynie po to, żeby wygłosić swe kwestie, a następnie zniknąć. Ważniejsi stają się w końcówce, gdy mają zadbać o to, by Hamlet dopłynął do Wysp Brytyjskich. Co jednak dzieje się z nimi, gdy nie ma ich na scenie wydarzeń? Tym właśnie zainteresował się Tom Stoppard, pisząc wpierw sztukę teatralną, a później jej adaptację. Jego bohaterowie jedzą hamburgery, rzucają samolociki z papieru czy też rozgrywają mecz bardzo specyficznej formy siatkówki. Nie omieszkają przy tym skomentować swoich poczynań, przełamując przy tym czwartą ścianę.

Wielkie oklaski należą się dwóm odtwórcom tytułowych ról — Gary Oldman i Tim Roth są w swoich kreacjach wręcz wybitni. Postaci te często zapominają, kim tak naprawdę są i jak się nazywają (dlatego też do samego końca możemy mieć problemy ze stwierdzeniem kto kogo gra), błąkają się bez celu i stają się przez to jednym z najśmieszniejszych i najbardziej absurdalnych duetów komediowych, jakie przyszło mi oglądać na ekranie.

Rosencrantz i Guildenstern nie żyją to przykład niesamowicie przemyślanej produkcji. Fabuła potrafi momentami zaciekawić i nawet pomimo faktu, iż nie jest ona jakkolwiek ważna (wszak od początku znamy już zakończenie) nie nudzi odbiorców. Odpowiedni, postmodernistyczny humor zamienia całość w świetny seans.

9.5/10

Tytus Andronikus w reżyserii Julie Taymor

Wśród wielu dzieł napisanych przez Szekspira znajduje się także Tytus Andronikus lub, jak głosi pełny tytuł, Najsmutniejsza opowieść o tragedii Titusa Andronicusa. Charakteryzuje się ona olbrzymią brutalnością oraz wyjątkowo dobrze przemyślaną zemstą. Sztuką tą zainspirowała się Julie Taymor, kręcąc w 1999 roku Tytusa Andronikusa.

Już pierwsze sceny wywołują pewnego rodzaju zgrzyt u odbiorcy. Widzimy bowiem w miarę współczesne dziecko bawiące się zabawkami przy stole. Nie trzeba być ekspertem od twórczości renesansowego dramatopisarza by wiedzieć, że ta scena nie ma z nim nic wspólnego. Nie inaczej będzie z paroma innymi nowościami. Należy bowiem od razu zaznaczyć, że adaptacja Taymor nie jest w pełni zgodna z oryginałem. Reżyserka pozwoliła sobie na wprowadzenie paru zmian, które niejako „unowocześniły“ tekst. Symbolika totalitarna, Goci używający borni palnej, to tylko część zmian. Trzeba jednak przyznać, że w większości wyszły one pozytywnie, znacznie urozmaicając seans.

Pozytywnie wypada także Anthony Hopkins w roli głównego bohatera. Spokojnie zaryzykowałbym tezę, iż jest to, obok Hannibala z Milczenia owiec Jonathana Demme, jedna z najlepszych jego kreacji. Jako pogrążający się w szaleństwie Tytus wypada on niesamowicie przekonująco oraz niezwykle przerażająco. Gdy widzimy jego kolejne działania, zdające się nie mieć sensu i tylko przysparzające coraz to większych cierpień jego rodzinie, można odnieść wrażenie, iż ich los został przypieczętowany. Nic bardziej mylnego — wszystko prowadzi do jednego z lepszych plot twistów, jakie miałem przyjemność śledzić na ekranie.

Film Julie Taymor z pewnością stanowi nie lada gratkę dla cierpliwego widza. Trwa on prawie trzy godziny, jednak jeśli ktoś wytrwa cały seans, nie powinien być zawiedziony. A warto to zrobić choćby dla samego genialnego Hopkinsa.

8,5/10

STAND BY ME, Wil Wheaton, River Phoenix, Corey Feldman, Jerry O’Connell, 1986. (c)Columbia Pictures. Courtesy: Everett Collection

Stań przy mnie w reżyserii Roba Reinera

W 1982 roku Stephen King publikuje zbiór Cztery pory roku, zawierający w sobie między innymi opowiadania Ciało czy Skazani na Shawshank. Cztery lata później, Rob Reiner, postanowił zekranizować ten pierwszy utwór jako Stań przy mnie. Czy było to udane przedsięwzięcie? Z biegiem czasu nasuwa się zdecydowana odpowiedź twierdząca.

W amerykańskim miasteczku znika dziecko. Jakiś czas później czwórka nastolatków postanawia wyruszyć w podróż do miejsca, gdzie mają znajdować się zwłoki zaginionego. Dojście do celu nie będzie dla nich łatwe, droga będzie najeżona niebezpieczeństwami, a czym bliżej miejsca docelowego, tym trudniejsze się one stają. Nie jest to jednak jedyny wątek filmu. Znacznie ważniejsza od samej wędrówki staje się przemiana wewnętrzna bohaterów, którą obserwujemy przez cały seans. Ciało zmarłego i wędrówka do niego staje się tylko pretekstem do opowieści o dorastaniu, zmienianiu priorytetów oraz odwadze przeciwstawienia się zagrożeniu i przeciwnościom.

Jako że historia opowiada o losach nastolatków, aktorów w takim wieku tutaj uświadczymy. Trzeba im jednak przyznać, że sprostali postawionemu przed nimi zadaniu i można spokojnie oglądać ich bez zażenowania. Całej czwórce głównych bohaterów krytyka wróżyła wielkie kariery aktorskie, których ostatecznie nie udało im się zrealizować. River Phoenix zmarł kilka lat po premierze, pozostała trójka grała natomiast w różnych produkcjach, ale wydaje się, iż żadna nie powtórzyła sukcesu Stań przy mnie.

Podsumowując, dzieło Reinera ma w sobie pewien urok powodujący, iż mimo względnie prostej i niewciągającej fabuły, potrafi przykuć do ekranu i nie pozwala oderwać wzroku. Śledzenie losów dzieciaków pragnących przeżyć przygodę życia zaraz przed początkiem roku szkolnego posłużyło za zaczyn do jednego z najlepszych filmów drogi skupiających się na młodych ludziach.

8/10

Student filmoznawstwa, wielki pasjonat filmów i dobrej muzyki. W wolnych chwilach zawsze coś ogląda, by mieć co zrecenzować. W związku z tym najłatwiej go spotkać w kinie.