Z rzadka zdarza się, by filmy historyczne traktujące o znamiennych dla dziejów wydarzeniach, przywdziewały inną otoczkę, niż epickiej opowieści kostiumowej. Toteż tym bardziej cieszą decyzje twórców niezależnych, by odczarować pewne mity (nawet, jeśli już nie raz były demaskowane) dzięki perspektywie o tyle odświeżającej i niewtórnej, że w większym stopniu wysublimowanej, skoncentrowanej na indywidualnej, gorzkiej percepcji i, przede wszystkim, ujętej w ,,nonkonformistyczną”, nieidącą na rękę widzowi formę. Podobnie jak w przypadku ekstremalnej wręcz (przez wzgląd na jawne ciągoty ku slow-cinema) Śmierci Ludwika XIV (2016, reż. Albert Serra), nowe dzieło Lucrecii Martel (znanej chociażby z Kobiety bez głowy, Bagna czy Świętej dziewczyny) – mianowicie Zama (2017; w Polsce od 2018, dystrybuowana przez Stowarzyszenie ,,Nowe Horyzonty”) – również skłania się bliżej ku ambitnemu kinu autorskiemu i z tego powodu, co zauważył Jakub Dębski[1] (a mnie także nie umknęło uwadze), przeszło przez swoiste piekiełko produkcyjne, co zresztą widoczne jest w ilości plansz tytułowych honorujących pokaźne ilości partnerów dofinansowujących projekt. Dzięki temu Zama nosi wyrazisty (być może klarowniejszy i bardziej namacalny od poprzednich filmów) sznyt i manierę Martel, nader umiejętnie odwzorowującą nastrój pierwowzoru, arcydzieła Antonia di Benedetto.

Don Diego de Zama (Daniel Giménez Cacho) jest hiszpańskim zarządcą niewielkiej, XVIII-wiecznej kolonii nad brzegiem rzeki, najprawdopodobniej w Paragwaju, przy czym jego stanowisko nie uchodzi za poważane – protagonista reprezentuje li tylko jeden z licznych trybików w zardzewiałej machinie systemu. Z powodu otaczającej go gnuśności i duchoty (w dosłownym i metaforycznym sensie) oraz przemożnej tęsknoty za rodziną, nieustannie wyczekuje listu od króla, dzięki któremu uzyskałby upragnioną wolność. Chociaż swoje zobowiązania wypełnia nader sumiennie, będzie musiał zmierzyć się z wieloma przeciwnościami złośliwego, ironicznego losu, nie tylko w postaci konkurentów chętnych na transfer, lecz także chorób, enigmatycznego, należącego nieomal do sfery duchów przestępcy, Vicuñi Porto (Matheus Nachtergaele) – choć jego istnienie jest bliżej nieokreślone i nieustannie kwestionowane – czy też w zasadzie jego samego, a to ze względu na opłakany stan umysłu.

Bez wątpienia można rzec, że Zama traktuje o pożerającej mocy monotonii dnia i bolesnym tkwieniu w miejscu zapomnianym przez cywilizację, ledwo opierającym się egzotyce, podsycającej inherentne przejawy bestialskości i zezwierzęcenia natury człowieczej. Wyraziście podkreślona, dojmująca tęsknota za ,,sferą białego człowieka”, kulturowo pewnym i oswojonym ,,Starym Światem” kontrastowo zderzona zostaje z szarzyzną, inercją, zgrzebnością i śmiesznością pozorów ucywilizowania za pomocą ironizujących akcentów – chociażby kojarzącą się z hawajskimi klimatami, pogodną muzyką na ukulele, scenami gorzkich rozmów z seniorą Lucianą (Lola Dueñas), przypadkiem znalezioną gazetą ,,z innego świata”, postacią czarnoskórego lokaja we fraku i peruce czy wreszcie kurczowym uczepieniem się dress codu przez protagonistę, podczas gdy rozbuchany, wirusowy wręcz prymitywizm dawno poluźnił więzy wierności i zezwolił na porzucenie sentymentalnej fasady dworskich, stricte europejskich konwenansów. Burzące owe fundamenty, podskórnie wyczuwane tarcia i żądze towarzyszą studium postępującej paranoi, dezintegracji i odczłowieczenia bohatera. Jego staczanie się i wikłanie w smród trywialności ludzkiej egzystencji nie ma nic z podniosłości czy eschatologii; to czysta potęga natury, wszędobylskiej, popędliwej, eksplorowanej przez Martel nad wyraz sugestywnymi, ,,robaczywymi”, ,,wilgotnymi”, obślizgłymi obrazami i dźwiękami – diegetycznymi, ale wyolbrzymionymi do opresyjnego wręcz formatu, bazującymi na mięsistej cielesności czy natrętnym robactwie, przywodzącym na myśl robbe-grilletowską Żaluzję (1957).

Egzotyka w takiej postaci – groźnej, obślizgłej, dusznej wręcz – służy za idealne tło opowieści o pożeranym przez system i biurokrację małym człowieczku, akompaniując kafkowskiej wręcz, kasandrycznej atmosferze. Dodatkowo znajdziemy tu garść co najmniej quasisurrealistycznych rozwiązań w postaci na pozór niewspółgrających z akcją, dziwacznych scen spotkań, pełnych niejasnych, proroczych, częstokroć szeptem wypowiedzianych słów – każde z nich przywodzą na myśl kolejne etapy absurdalnej wędrówki Józefa K. Obserwujemy studium degradacji człowieczej, tak doskonale odmalowanego w ewolucji fizys i ogólnego wyglądu Zamy. W momencie, gdy otrzymuje kolejne przykre dla jego kariery informacje, Martel po raz kolejny bawi się warstwą audialną i stosuje natężony, piskliwy ton wraz z wygłuszeniem tła, co przywodzi mi na myśl niejako (prawdopodobnie na wyrost) hitchcockowską scenę z Szantażu (1929). To, co nie pozwala wyzbyć się dojmującego, poseansowego odrętwienia, to rzucenie przez reżyserkę historii ot tak, jakby na wiatr, jak niewiele znaczącą przypowiastkę; nie sugeruje ona żadnego morału ni zakończenia, nadto intencjonalnie porzuca i gubi po drodze mnogość wątków, pozostawionych samym sobie, urwanych w czasie i przestrzeni – wszystko po to, by jeszcze dobitniej podsumować lotność i bezsens bytu człowieka, jawiącego się jako zakleszczone zwierzę. Don Diego de Zama nie ma nic z wielkich konkwistadorów; w sieci urzędniczej stanowi ledwie namacalny punkcik i ogromnym szyderstwem zdają się być sceny rezydowania protagonisty w uwłaczającej jego dotychczasowym standardom wiosce czy zapuszczania się w głąb dżungli i nizin La Platy – w istne piekło, niezrozumiałe i potężne, skrywające wiele niebezpieczeństw. Stajemy się świadkami jego upadku i coraz bardziej postępującej stagnacji. Wraz z dogasaniem Zamy i jego nadziei obumiera także sama dramaturgia, akcja filmu (zwalniająca momentami do granic możliwości), co niejako, pod wieloma względami, przypomina zabieg z Czekając na Godota Samuela Becketta (1953).

Rzecz jasna, Zama to najoczywistszy przykład satyry na kolonializm, ,,brzemię białego człowieka” (vide Kipling) i mocarstwowość; w szerszym ujęciu: ksenofobię, rasizm i izolację, problemy wciąż nierzadko, niestety, aktualne we współczesności. Najdobitniej podkreśla to naturalizm obrazu, jego surowość, brutalność, agresja, które składają się na demaskację mitu założycielskiego – jednak nie jest to okrucieństwo zwycięzców, a szyderczy obraz żałosnych podrygów ich potomków, współtworzących dziwną hybrydę usytuowaną gdzieś pomiędzy Starym a Nowym światem, zjadającą niejako własny ogon, zrodzoną przez ,,kolosa na glinianych nogach”.

Zama to dzieło niewątpliwie wysmakowane, wyjątkowe wizualnie i audialnie, o tyleż znamienne, że stworzone jawnie na przekór tendencjom. Serwuje wgląd w szare indywiduum, ale portretuje niejako przy okazji kondycję całej społeczności i boleśnie demitologizuje historię oraz kpi z fundamentów cywilizacji Starego Kontynentu. Fascynuje krajobrazami o dwojakiej twarzy – nierzadko cudownymi, aczkolwiek przy okazji mięsistymi, dojmująco złowrogimi. Być może na wyrost, lecz dostrzegam w tym dziele powiązania z twórczością literacką doby modernizmu aka postmodernizmu. Film Martel mogłabym z pewnością polecić każdemu cierpliwemu i uwrażliwionemu widzowi; jest przenikliwy, słusznie powolny i stonowany, a tym samym – nad wyraz magnetyzujący.

7,5/10

 

Studentka filmoznawstwa na UJ stroniąca od hurra-optymizmu, choć dająca szansę wszystkiemu, co uchodzi za przeintelektualizowane; z kilogramami zarówno ambicji, jak i skłonności do stagnacji; nie posiadająca ,,ulubionego reżysera”, wszak wszystko jest relatywne. Poza oglądaniem filmów lubi oglądać filmy. Ewentualnie pograć lub dobrze zjeść. Definitywnie zaś nie lubi pisać autoafirmacyjnych opisów.