Droga Aleksandra Pietrzaka do debiutanckiego pełnego metrażu została wypełniona projektami filmowymi, które pozwoliły nabrać doświadczenia i które to zostały docenione na festiwalach – jak choćby Mocna kawa wcale nie jest taka zła (2014). Pracując przy produkcjach krótkometrażowych Pietrzak współpracował z takimi aktorami jak Łukasz Simlat, Marian Dziędziel czy Wojciech Mecwaldowski, więc pomimo stosunkowo młodego wieku nieco już obył się ze światkiem filmowym. Czy młody twórca jest w stanie przełamać złą passę polskich komedii, które zamiast śmieszyć wzbudzają raczej poczucie zażenowania?

Juliusz to opowieść o nauczycielu plastyki, do życia którego wkradła się monotonia. Nawet postępująca choroba ojca oraz inne katastrofy nie są w stanie wpłynąć na głównego bohatera i zachęcić go do zmian. Naturalnie wszystko wywróci się do góry nogami wraz z pojawieniem się weterynarza – Doroty. Niezbyt zaskakująco scenariusz na nieszczęście widzów został poprowadzony w typowy sposób dla komedii romantycznej – mamy więc zawiązanie akcji, rozwinięcie na zasadzie „miłość kwitnie”, następnie jakieś załamanie, aby na końcu wyprowadzić z tego happy end. Sama konstrukcja nie skazuje oczywiście z góry filmu na niepowodzenie o tyle, o ile umiejętnie wypełni się jej treść. Pietrzak zdecydował się pójść w stronę komedii, co stanowi pewne ryzyko, zwłaszcza gdy dodamy do tego wątek romantyczny. Wraz z seansem Juliusza nabieramy coraz większego przekonania jednak, że został nam zaprezentowany komediodramat i to wciąż nie jest zarzut stawiany reżyserowi. To, co można zarzucić twórcom filmu, to przede wszystkim traktowanie wątków historii po macoszemu – relacja syn – ojciec mogłaby być o wiele lepiej zarysowana, bo wzbudza zainteresowanie, podobnie jak ukryty, niewykorzystany talent plastyczny głównego bohatera. Koniec końców odnieść można wrażenie, że Juliusz mógłby równie dobrze być nauczycielem geografii albo hydraulikiem i w większym stopniu nie miałoby to znaczenia dla historii.

Osobiście za główny mankament Juliusza uważam słaby poziom żartów. Możemy postawić tezę, że to humor mający swoje podłoże w stand-up’ie – jednak reaguję w większości przypadków na te sceny komediowe jak główny bohater podczas wyjścia z dziewczyną na tę formę artystyczną: chamski, nieśmieszny kawał głównie odwołujący się do seksu. Sam Wojciech Mecwaldowski nie wypada w roli Juliusza źle, a w duecie z Janem Peszkiem potrafią przyciągnąć uwagę widza i w punkt wczuć się w swoje postacie. Oceniając jednak całościowo produkcję, trudno wyzbyć się wrażenia, że to kolejna nieudana komedia, i może nie tak miałka jak te produkowane przez stacje telewizyjne, jednak wciąż pozostawiająca spory niedosyt.

Juliusz zbierał dobre oceny od krytyków, jak również cieszył się sporym zainteresowaniem publiczności. Nie czuję się przekonana do tego debiutu – odnoszę wrażenie, że Pietrzak mógłby lepiej nas uczyć niż bawić, bo z obrazu przebija się jego umiejętność poruszania trudnych relacji międzyludzkich. Szkoda więc, że wybrał niejako drogę na skróty, decydując się wypełnić swoją produkcję średnimi żartami. Doceniam, że twórcy nie starali się na siłę upiększać swoich bohaterów ani otaczającej ich rzeczywistości, nie zdecydowali się na cukierkową komedię romantyczną. Wciąż natomiast odczuwam niedostatek w zakresie rozrysowania postaci, których charaktery mogłyby być bardziej dopracowane, a tym samym bardziej oddziałujące na odbiór widza.

Ocena: 3/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.