Ostatnimi czasy Filip Bajon czerpie garściami przy produkcji swoich filmów nie tylko z dzieł literackich, ale przede wszystkim z minionych dziejów. Pierwszą przymiarką było nakręcenie Przedwiośnia (2001), choć za jeszcze ciekawszą, ale nie do końca udaną próbę, należy uznać Śluby panieńskie (2010). Tym razem polski reżyser poszedł jednak o krok dalej, decydując się stworzyć sagę opowiadającą losy pokoleń na ziemiach pomorskich, czyniąc głównymi bohaterami Kaszubów. Śledzimy historię postaci rozgrywającą się przez ponad cztery dekady, co przywodzić może na myśl takie literackie dzieła jak choćby Pan Tadeusz. Czy ten przepych i rozmach idą ramię w ramię z solidnością i dobrym kunsztem artystycznym?

Fabuła Kamerdynera nie jest nader skomplikowana – akcja rozpoczyna się w roku 1900 wraz z narodzinami jednego z bohaterów, natomiast kończy na 1945 roku, kiedy to Sowieci wkroczyli na tereny Pomorza. Film Bajona zaklasyfikować można byłoby pod względem gatunkowym jako dramat historyczny z wyraźnym wątkiem miłosnym. Całość poprowadzona została w sposób linearny, przez co trudno mówić o jakichkolwiek zaskoczeniach, a nawet napięciu. Ci, którzy liczą na widowisko na poziomie Wołynia Wojtka Smarzowskiego – przykuwające uwagę przez cały seans, mogą się srogo rozczarować. Kamerdyner, choć poprawny pod względem technicznym, pozbawiony jest emocjonalnego ładunku, który angażowałby widza. Pomimo że spędzamy z postaciami długie godziny ekranowe wciąż pozostają oni obojętni i nie jest to bynajmniej zasługa złej gry aktorskiej.

Za ciekawy, a nieczęsto podejmowany w dziełach filmowych, uznać należy wątek Kaszubów – z czym mam jednak pewien dysonans. Bajon nieszczególnie umiejętnie potrafi pokazywać historię Polski i losy ludzi żyjących na jej ziemiach  – albo robi to zbyt dosadnie, albo zbyt powierzchownie, nie umiejąc znaleźć złotego środka. Ponadto uczynienie rodzącej się miłości centrum wydarzeń sprawia, że całość zaczyna przypominać raczej Koronę królów aniżeli epicki seans. Z każdą sceną nabierałam przekonania, że Kamerdyner o wiele lepiej sprawdziłby się jako serial –pozwoliłoby to rozwinąć niektóre wątki poboczne i urzeczywistnić bohaterów. Już dawno protagoniści nie byli mi tak bardzo obojętni i gdyby nie niektóre naprawdę świetne kreacje aktorskie, film byłby trudny do obejrzenia za jednym podejściem. Bez wątpienia każdą scenę skrada Janusz Gajos perfekcyjnie odgrywający rolę Bazyliego Miotke, oddając w pełni cechy charakteru, które kojarzą się w pierwszej myśli z Kaszubem. Uhonorowanie jego występu Złotym Lwem (za najlepszą postać męską drugoplanową) było jedynie formalnością. Wielką niewiadomą pozostaje określenie roli Gajosa drugoplanową przy uznaniu bohatera, w którego wcielał się Adam Woronowicz, za pierwszoplanowego. Osobiście żywiołowość Miotke bardziej mnie urzekła aniżeli hrabiego von Kraussa – choć i ta rola jest jedną z lepszych w Kamerdynerze. Sebastian Fabijański jako Mateusz Kroll i jednocześnie tytułowy kamerdyner po raz kolejny utwierdził mnie w przekonaniu, że nie potrafię zaakceptować tego aktora na ekranie. Sposób w jaki gra ciałem i twarzą oraz brak jakiejkolwiek ekspresji sprawia, że odgrywany przez niego bohater jest kompletnie obojętny. Niestety wcale nie lepiej wypada jego ekranowa wybranka serca – Marianna Zydek, u której wprawdzie emocje się pojawiają, lecz trudno nazwać je naturalnymi.

Film Filipa Bajona rozczarowuje – zapowiadany był jako wielkie widowisko kinematograficzne, a nie wyszło z tego ani dobre widowisko, ani dobra produkcja. Nie można odmówić reżyserowi że zadbał o zarysowanie tła historycznego oraz o najdrobniejsze szczegóły scenografii i kostiumów. Jednak pod całą tą historyczną otoczką zagubiła się gdzieś fabuła, bez której oglądanie tak długiego obrazu staje się po prostu nużące.

Ocena: 4/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.