Co się stanie, gdy reżyser produkcji takich jak Nice Guys podejmie się próby zekranizowania kolejnej części klasyku filmowego, jakim jest Predator? Pozytywne zagraniczne opinie napawały przed seansem optymizmem, a sama projekcja miała obfitować w dużą dawkę autoironicznego humoru, co w ostatnich latach stosowane jest przez twórców niezwykle często. W erze, kiedy widz zostaje zasypywany obrazami opowiadającymi losy obcych czy innych pozaziemskich istot, trudno zaspokoić wysokie oczekiwania publiczności. Czy Shane Black poradził sobie z wymaganiami stawianymi przez odbiorcę i krytyków?

Najnowszy Predator w pierwszym skojarzeniu przyniósł mi na myśl serial Stranger Things. Dzieje się tak w głównej mierze za sprawą rozwiązań fabularnych – mówiąc precyzyjnie – z uwagi na uczynienie jednym z głównych bohaterów superinteligentnego dzieciaka. Mam wrażenie, że ogólnym zamysłem reżysera było czerpanie z i odwoływanie się do popkultury. Dodaje to kolejnej części serii potrzebnego powiewu świeżości i mogłoby się wręcz wydawać, że Predator będzie starał się przypasować w kategorię kina familijnego. Nic bardziej mylnego – Shane Black ani myśli, by rezygnować z krwistego kina, które kojarzy się z tą istotą. I choć trudno określić film mianem horroru, to zdarzają się rozwiązania fabularne, które sprawią, że widz niespokojnie drgnie na krześle. Projekcja zyskuje wiele w momentach stosowania przez twórców autoironii i pomimo, że umiejętność sarkastycznego podejścia do własnego dzieła aktualnie nie jest niczym nowym, to wciąż potrafi oddziaływać pozytywnie na odbiór obrazu. Ostatecznie dostajemy od twórców historię skupiającą się na relacjach rodzinnych osadzoną w klimacie sci-fi z dużą dozą czarnego humoru.

W roli małego geniusza nie mogliśmy zobaczyć nikogo innego niżeli Jacoba Tremblay’a (który podbił serca publiczności występem w Pokoju w reżyserii Lenny’ego Abrahamsona), do którego obecności na wielkim ekranie musimy przywyknąć. Doświadczenia oraz tytułów produkcji może mu pozazdrościć niejeden o wiele starszy kolega po fachu. Mam pewne wątpliwości jednak, czy Tremblay będzie w stanie zerwać z łatką słodkiego chłopca, bowiem na razie większość jego kreacji jest do siebie niezwykle zbliżona. Solidnie wypada filmowy ojciec Rory’ego, czyli Quinn McKeen, w którego wcielił się Boyd Holbrook. Postać funkcjonariusza o ironicznym uśmiechu z ciętą ripostą pasuje do tego aktora, co potwierdził już, grając agenta w serialu Narcos.

Predator nie jest majstersztykiem kinematograficznym i nie będzie to prawdopodobnie seans, do którego będzie się po latach wracać jak do klasyka filmowego. Niemniej jednak obraz stanowi świetną propozycję na wieczór pełen akcji oraz dobrej rozrywki. Fabuła oczywiście posiada liczne luki logiczne, a co więcej nawet nie próbuje zaskoczyć widza. Jednak pamiętajmy, że oglądamy Predatora, zatem wymogi co do ambitnej historii lub nieprzewidzianych plot twistów należy pozostawić za salą kinową. Seans filmu z pewnością nie będzie się dłużył, większość publiczności rozbawi, niektórych w pewnych momentach przestraszy – podsumowując projekcja dostarcza wrażeń i warto w wolnej chwili sięgnąć po tę pozycję.

Ocena: 5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.