Po niewątpliwym sukcesie, jakim okazał się być film Luca Guadagnino – Tamte dni, tamte noce – jego najnowsza produkcja nie tylko wzbudziła ogromne zainteresowanie, ale również rozbudziła apetyty publiczności na dobre kinowe widowisko. Oczekiwania były tym większe, że pierwotna wersja Suspirii z 1977 roku w reżyserii Dario Argento stanowi jeden z klasyków horrorów utrzymanych w nurcie giallo. Doniesienia prasowe wskazywały, że włoski twórca bardzo luźno zainspirował się dziełem rodaka – jak zatem rysuje się remake Suspirii na tle swojej poprzedniczki?

Ci kinomaniacy, którzy widzieli dzieło Argento, od razu zauważą znaczące różnice pomiędzy tegoroczną produkcją, a tą z późnych lat 70. Deszczowy Wiedeń został zastąpiony równie szarym Berlinem, ale ten został mocno dookreślony na osi czasu. Osobiście nie do końca przemawia do mnie silne wyakcentowanie zarówno wojennej przeszłości jednego z bohaterów, jak i niewidocznych efektów funkcjonowania Frakcji Czerwonej Armii – organizacji terrorystycznej działającej na terenie RFN. Oprócz samego odmiennego tła wydarzeń, również zupełnie inaczej została poprowadzona fabuła w remake’u. O ile klasyk filmowy budował napięcie, opierając się na ciągłej niewiadomej w stosunku do bycia przez grono dyrekcji szkoły baletowej czarownicami, to Guadagnino wydaje się stawiać w dość jasnym świetle. I nawet główna bohaterka w najnowszym obrazie – Susie – wcale nie odgrywa najistotniejszej roli w widowisku, choć w poprzedniej części tak właśnie było. Spróbujmy odciąć się jednak przeszłości i spojrzeć na film włoskiego reżysera jak na autonomiczne dzieło.

Trzeba powiedzieć sobie wprost, że Suspiria horrorem (w potocznym tego słowa rozumieniu) nie jest – i nie licząc może dwóch scen, które mogą przyprawić o gęsią skórkę, to z pewnością widza nie przestraszy. Nie oznacza to, że Luca Guadagnino nie potrafi operować napięciem, bowiem faktycznie przez większość seansu czerpać można satysfakcję z samego oczekiwania na punkt kulminacyjny. Jednocześnie trudno pozbyć się wrażenia, że Suspiria jest nazbyt przeciągnięta pod względem trwania, a tym samym zabiegiem na korzyść mogłoby się okazać usunięcie kilku, mniej istotnych dla fabuły, kadrów. Naturalnie reżyser zafundował nam parę perełek audiowizualnych, jak choćby sceny taneczne, jednak w ostatecznym rozrachunku seans – zwłaszcza dla widza oczekującego wywołania poczucia strachu – zdaje się być zbyt długi.

Suspiria broni się między innymi dzięki dobrej obsadzie aktorskiej oraz trafnie poprowadzonym przez kobiety postaciom. W pierwszej kolejności trzeba zwrócić uwagę na okoliczność, że film Guadagnino to feministyczne kino: charakterów męskich praktycznie nie ma, a jeśli już się pojawiają, to albo jako nieznaczące role, albo okazuje się, że mężczyznę odgrywa aktorka (precyzując świetnie ucharakteryzowaną Tildę Swinton). Tilda Swinton (zarówno w męskiej jak i damskiej odsłonie) oraz Dakota Johnson na swoich barkach dźwigają ciężar fabuły, umiejętnie prowadząc przekaz obrazu – ten ukazywany wprost, a także ten ukryty, który wymaga samodzielnej interpretacji. Dakota podejmuje wszelkie próby, aby zerwać z łatką aktorki z Pięćdziesięciu twarzy Grey’a i trzeba przyznać, że z każdą następną rolą udowadnia publiczności, że faktycznie talent się w niej kryje.

Próbując ocenić najnowszy film Guadagnino, nieważne jak bardzo bym się nie starała, nie jestem w stanie nie odwoływać się do Suspirii Dario Argento. W mojej ocenie włoski klasyk wychodzi zwycięsko z tej walki, choć remake także kreuje swój indywidualny klimat, który może się podobać. Brakowało mi poczucia niepokoju oraz niemożności rozpoznania, czy obraz pokazywany jest w sposób subiektywny czy obiektywny, przykładowo tak jak czynił to Roman Polański w Dziecku Rosemary. Po bardzo udanym dziele, jakim są Tamte dni, tamte noce, odczuwam lekki niedosyt – zdecydowanie preferuję twórczość Luca Guadagnino skąpaną w słońcu oraz emanującą emocjami i gęstą atmosferą. W Suspirii zabrakło tej zmysłowości, z której znany jest włoski twórca, i nawet świetna obsada aktorska nie była w stanie zapełnić tej luki.

Ocena: 6/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.