Życie wielkich artystów prędzej czy później musi zostać przeniesione na ekrany kinowe. Niezależnie od formy – czy będzie to film dokumentalny czy fabuła z indywidualną interpretacją twórców – wciąż niezmiennie ciekawi jesteśmy, co skrywa artystyczna maska występującej sławy. Amerykański reżyser Bryan Singer do tej pory kojarzył się albo z klasykiem z doborową obsadą, jakim są Podejrzani, albo z filmami z serii X-Men. Teraz jego nazwisko będzie z pewnością wiązało się z nazwą zespołu Queen, ponieważ świetnie zmontowany zwiastun Bohemian Rhapsody przyciągnął do kin sporą liczbę fanów tej muzyki. Jednak jak to zwykle bywa – rzeczywistość weryfikuje i dobra zajawka zwiastuje nie najlepszą produkcję.

Obraz Singera skupia się nie tyle co na Queen, ale na najjaśniejszym punkcie zespołu – Freddiem. W telegraficznym skrócie poznajemy dom rodzinny bohatera, który ma zanzibarskie pochodzenie, a także historię powstania kapeli. Początek fabuły skupia się na procesie tworzenia muzyki, pośrednio (z miernym jednak skutkiem) starając się scharakteryzować bohaterów. Zza kulis oglądamy również stworzenie kultowego hitu – tytułowego Bohemian Rhapsody. W przypadku filmu Singera muzyka towarzyszy nam na każdym kroku – razem z postaciami przebywamy trasy koncertowe, czy też bierzemy udział w prawdopodobnie najważniejszym dla Queen wydarzeniu – koncercie Live Aid w 1985 roku, któremu w produkcji poświęcono aż za długą scenę. Jednakże obraz filmowy to nie tylko dźwięk, ale także warstwa wizualna oraz fabularna. Decydując się na wybór seansu Bohemian Rhapsody jedynie dla piosenek, zdecydowanie lepiej obejrzeć któryś z archiwalnych koncertów legendarnego zespołu. Tymczasem produkcja pod względem fabularnym bardzo rozczarowuje – akcja skupia się na dwóch aspektach życia Freddiego: muzyce oraz jego życiu prywatnym ze szczególnym naciskiem na rozwiązły styl bycia oraz jego orientację seksualną. W tym prowadzeniu charakterystyki głównego bohatera w niezwykle krzykliwy sposób zatracił się obraz Mercury’ego jako człowieka i artysty. Przejaskrawiona sylwetka muzyka wypełnia cały ekran, nie zostawiając miejsca na bardziej subtelne nuty. Dodatkowo, mankament ten jest tym mocniej wyczuwalny, że momentami scenariusz jest zbyt dosadny oraz przepełniony stereotypami postaci (jak choćby złego producenta, który woli trzymać się utartych rozwiązań). Całość, gdyby odjąć ścieżkę muzyczną, składałaby się na pretensjonalny american dream i nie oszukujmy się: tę historię można byłoby opowiedzieć lepiej.

Najbardziej wyraźnym elementem Bohemian Rhapsody, tak jak w przypadku zespołu Queen, jest Rami Malek. Z jednej strony motywowane jest to postacią, w którą wcielał się aktor, z drugiej strony nie można zaprzeczyć, że jego interpretacja Freddiego jawi się jako niezwykle barwna. Oczywiście wysnuć można zarzut o przekoloryzowanie muzyka (analogicznie choćby jak miało to miejsce w przypadku kreacji Dawida Ogrodnika odgrywającego Tomka Beksińskiego w Ostatniej rodzinie), jednak patrząc na występ Maleka przez pryzmat artystycznej maski, trudno nie pochwalić talentu aktorskiego oraz energii, którą emanuje Amerykanin. Reszta pozostaje dobrze współgrającym tłem, ale jednak tylko tłem.

Film Singera z pewnością sprawi, że po seansie w głośnikach będą leciały tylko utwory Queen. Nie jest to jednak produkcja, do której wracać się będzie z przyjemnością i nostalgią, bowiem uproszczenia fabularne nie czynią Bohemian Rhapsody obrazem wartym większej uwagi, aniżeli jednorazowy seans. Pomimo że podczas projekcji niejednokrotnie będziemy tupać nogą w rytm dobrze znanych kawałków muzycznych, to wciąż po napisach końcowych trudno pozbyć się wrażenia, że to zmarnowany temat na filmową historię. Z całą pewnością zarówno Freddie, jak i cały skład Queen, zasłużył na lepszą ekranizację ich dziejów.

Ocena: 5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.