Debiut Bradley’a Coopera nie jest szczególnie innowacyjny – historia narodzin gwiazdy znana jest kinu od lat trzydziestych XX wieku. Każda z dotychczasowych opowieści podobna była do poprzedniej, choć jednocześnie zawierała element, który wyróżniał ją na tle pozostałych. Sięgnięcie w debiutowej pracy do takiej fabuły wydaje się zarówno łatwym zadaniem, jak i piekielnie trudną przeprawą. Przerobiona przez lata historia pozwala bez trudu wyznaczyć główną ścieżkę obrazu, natomiast zasadniczym zadaniem reżysera jest stanięcie przed wyzwaniem stworzenia indywidualnego piętna w znanej opowieści. Czy Cooper podołał wyżej wspomnianemu zadaniu?


Narodziny gwiazdy zaczynają się tak jak zawsze (jeśli można tak rzec) – główna bohaterka wplątana w codzienność marnuje swój talent – tym razem muzyczny, a nie aktorski. Na skutek przypadku poznaje sławną gwiazdę muzyki country, a zdarzenie to rozpoczyna obustronny proces: zapalania się nowej gwiazdy i dogasania tej już utytułowanej. Przemiany te zostały przybrane w płomienny romans głównych bohaterów, który jest motorem napędowym głównej fabuły. Właściwie to uczucie oraz transformacja postaci wydaje się być naczelnym tematem, a sama charakterystyka protagonistów pozostawiona została niestety na drugim planie. Brak uzasadnienia podejmowanych przez bohaterów decyzji oraz nierozbudowanie wszystkich wątków sprawia, że Narodziny gwiazdy zakwalifikować można byłoby raczej jako film muzyczny, aniżeli pełnoprawną fabułę. Sekwencyjność historii sprawia, że całość ogląda się raczej jako kolejne teledyski, co prowadzi do zatracenia filmowości.

Przy oglądaniu produkcji Cooper’a widz ma do czynienia z zaskakującym dysonansem poznawczym – z jednej strony bardzo trudno utożsamić się z bohaterami, co skutkuje zwiększającym się znużeniem. Z drugiej strony niektóre sceny zostały (raz w lepszy, raz w gorszy sposób) wyreżyserowane, aby wzbudzić u widza wzruszenie, a zwłaszcza przy wykonywaniu przez duet emocjonalnych piosenek. Owszem, pod względem muzycznym Narodziny gwiazdy warte są uwagi, a i do utworów chętnie wraca się po seansie. Jednakże należy pamiętać, że produkcja ta aspiruje do miana najlepszego filmu (wszak między innymi otrzymała nominację do nagrody Oscara), więc warstwa wizualna również powinna być tak dopieszczona jak muzyczna.

Ciekawie wypada na ekranie duet Lady Gaga i Bradley Cooper, choć na to pierwsze nazwisko należałoby zwrócić uwagę. Lady Gaga – może trochę paradoksalnie – dzięki swojemu doświadczeniu wypada przed kamerą niezwykle naturalnie, zwłaszcza w scenach muzycznych, i niemal w całości kradnie uwagę widza. Wynika to poniekąd z charakteru granych przez tych aktorów postaci, jednak trudno pozbyć się wrażenia, że jednak to piosenkarce z łatwością przyszło wcielić się w odgrywaną rolę, natomiast Bradley Cooper pozostaje jedynie wypełnieniem obrazu.

Narodziny gwiazdy to film, który wzrusza, choć nie angażuje, wpada w ucho, ale nie zapada w pamięć. Dobry występ aktorski, świetna ścieżka muzyczna oraz solidny warsztat powinien składać się na naprawdę wysoko ocenianą produkcję. Jednak nie można, oglądając ten remake, zapominać o poprzednich filmach i nie odwoływać się do nich. George Cukor o wiele subtelniej umiał poprowadzić fabułę, budując nie tylko wewnętrzne napięcie między bohaterami, ale także więź między postacią a odbiorcą. U Coopera niestety tego uczucia brakuje, co prowadzi do zdecydowanego poczucia niedosytu po seansie.

Ocena: 6/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.