Jordan Peele wyrasta na reżysera (nie)horrorów, którego każda następna produkcja kinowa będzie wzbudzała nie lada emocje. Świetny debiut – Uciekaj!, który przyniósł mu nagrodę Oscara za scenariusz, okazuje się być dopiero początkiem. Wysoko postawiona przez publiczność oraz krytyków poprzeczka zdaje się zupełnie nie ważyć reżyserowi kreującego swój najnowszy film poprzez czerpanie ponownie garściami z kina grozy, ale i tym razem igrając z tą konwencją. Czyżby horror przeżywał swój swoisty renesans na wielkim ekranie?

Wyświetlany zwiastun filmu To my sugerował, że produkcja ta będzie o wiele straszniejsza aniżeli debiut reżyserski. Można było odnieść wrażenie, że twórca ucieknie do najprostszych (ale przy tym dość rozczarowujących) metod wywołania strachu, czyli jump scare’ów. Dla większości publiczności, na szczęście, to odczucie jest mylne – Peele pozostaje wierny nietypowemu podejściu do gatunku, wcale nie skupiając się na tym, aby widza przestraszyć. To my inspiruje się układami typowymi dla – z początku, home invasion movies, aby następnie skręcić w stronę survival movies (bardzo często wykorzystywany ostatnimi czasy zarówno w kinie, jak i grach video, głównie pod postacią zombie).

Wiodącym motywem produkcji jest lustrzane odbicie – o ile na ekranie wielokrotnie pojawiają się lustra, szyby i inne przedmioty, które odbijają w swoim zwierciadle rzeczywistość, to o wiele istotniejszym jest to, co pokazuje ten złudny obraz. Peele odwołuje się do tak zwanego Doppelgänger, czyli sobowtóra, ale rozumianego jako zły brat bliźniak. W mitologii skandynawskiej ów duchowy bliźniak postrzegany był jako istota, która zawsze jest o krok – wyprzeda w działaniu osobę żyjącą. Co więcej, wierzono również, że ujrzenie swojego własnego Doppelgängera jest zapowiedzią rychłej śmierci. Wszystkie te elementy odnaleźć można w obrazie To my – zwłaszcza widoczne jest to w świetnie zmontowanej i udźwiękowionej scenie finałowej.

Na marginesie można jedynie wspomnieć, że Jordan Peele ponownie dokonuje oceny amerykańskiego społeczeństwa, odwołując się tym razem nie tylko do kwestii rasowych, ale również klasowych. Już na pierwszy rzut oka wyraźne są różnice pomiędzy czarnoskórą rodziną głównych bohaterów, a typową (przynajmniej w założeniu) rodziną WASP (White Anglo-Saxon Protestant). Reżyser otwarcie podrzuca wiele tropów interpretacyjnych swojego dzieła – widz co rusz próbuje odszyfrować pojawienie się na ekranie koszulek z nadrukiem nawiązującym do Thrillera Jacksona czy Szczęki Spielberga lub żywego łańcucha. To my staje się więc komentarzem nie tylko do aktualnej sytuacji politycznej Ameryki, ale również popkultury oraz nawet manii teorii spiskowych. Po seansie można pozostać więc z wyraźnym niedosytem, że jakaś wskazówka mogła umknąć widzowi, co zachęca do ponownego sięgnięcia po ten tytuł.

To my to przede wszystkim popis aktorski Lupity Nyong’o, która wprawdzie otrzymała już Oscara za rolę drugoplanową, jednak słuszność decyzji Akademii Filmowej wciąż jest kwestionowana. Niewątpliwie ten występ aktorski pozwoli meksykańskiej artystce udowodnić swój wysoki warsztat, a kto wie, może i powalczyć o kolejną złotą statuetkę.

Film Jordana Peele przykuwa uwagę zarówno warstwą techniczną, jak i fabularną. Świetny montaż, dobranie w punkt ścieżki muzycznej oraz popis Lupity Nyong’o podwyższają poziom artystyczny obrazu, a zastosowany motyw sobowtóra buduje napięcie co do dalszego rozwoju historii. Całość otoczona została czarnym humorem, który zmusza widza do innego spojrzenia na gatunek horroru – redefiniuje go, przez co produkcja stanowi niezwykły powiew świeżości na tle wielokrotnie powtarzanych schematów w tego rodzaju filmach. Bez wątpienia Jordan Peele urasta do rangi reżysera nowego kina grozy, na którego produkcje będziemy ze zniecierpliwieniem oczekiwać.

Ocena: 8,5/10

Nieustraszona pogromczyni każdej pozycji filmowej bez względu na to, czy ma zmierzyć się z klasykiem kinowym, czy polską komedią romantyczną. Dzień bez obejrzanego filmu, jest dniem straconym. Jej mottem życiowym jest: good films make your life better, choć kino klasy B także ma swój urok.