Minął równo rok od chwili, gdy Thanos wcielił swój plan odkupienia świata. Poprzez symboliczne pstryknięcie pozbył się dokładnie połowy populacji, aby tym pozostałym stworzyć istny raj na ziemi. Mordercze działania tyrana przyniosły efekt całkowicie odwrotny od zamierzonego. Na ziemi trwa niebotyczna żałoba, zbiorowe mogiły, kartki porozwieszane po słupach z hasłami „ zaginął”, „poszukiwany”, kolosalny żal i smutek. Bliscy opłakują zmarłych, a Avengersi bez przerwy obwiniają się za swoje błędy popełnione w walce z bezlitosnym tytanem. Szacując na szybko straty, dr Strange oddał życie za przyjaciela, Peter Parker został zmieciony z powierzchni. Silna Wakanda przegrała starcie z dziećmi Thanosa, Gamora stracona na Vormirze, a Tony Stark wraz z Nebulą utknął w kosmosie. Przyszłość jest zagrożona i czeka na ratunek. Tylko, kto ma ten świat ratować, skoro superbohaterowie tęsknią za rodzinami… Spokojnie, spokojnie, przecież 27 lutego 2019 do uniwersum dołączyła nowa gwiazda — Kapitan Marvel.

Pewne jest jedno, wszyscy chcą przywrócić dawny ład na świecie i pomścić albo wskrzesić (jedno należy skreślić) swoich przyjaciół. Wszyscy pozostali zastanawiają się, co takiego należy zrobić, aby wrócić do dawnej rzeczywistości. Niektórzy prowadzą badania nad nowymi projektami, inni stają się influencerami, robiąc selfie z nieznajomymi. Ktoś tam pilnuje ładu i porządku we wszechświecie, a pewien superbohater pogrąża się w żałobie z butelką kraftowego piwa, a jeszcze inny wiedzie — wydawać by się mogło, spokojne życie w domku na wsi z całą rodziną. Rozwiązanie całej tej sytuacji nie jest wcale takie proste, jak mogłoby się wydawać. Bohaterowie podejmują ogrom prób, które w większości kończą się niepowodzeniami, dopiero po tuzinie błędów udaje się im znaleźć rozwiązanie, na jakie czekali wszyscy.

Trzygodzinna wyprawa po świecie MCU i wielu wymiarach została stworzona bardzo przyjemnie. Od początku od końca trzyma w napięciu, a odbiorca wielokrotnie złapie się na kibicowaniu swoim idolom. Idolom, którzy w ciągu paru lat, znacznie się zmienili. Tych, ulubionych i ukochanych, szybko przestaniemy lubić, natomiast postaci wcześniej niedoceniane, teraz staną się naszymi ulubieńcami. Pojawią się ogromne zmiany, nie mam na myśli tylko nowej Kapitan Marvel, ale również uroczego Bannerohulka, czy nową „hipsterską” wersję Boga Piorunów, czy tam Młotków. Tytułowy „koniec gry” odbywa się w kilku wymiarach czasowych, dzięki czemu będziemy mogli powspominać Vormir, miejsce ofiary Thanosa. Powrócimy do Nowego Jorku i jeszcze raz obejrzymy walki Avengersów w obronie świata. Aż w końcu prawdopodobnie po raz ostatni zobaczymy uśmiech Stana Lee w jednostce wojskowej, w której stacjonował Kapitan Ameryka. Będzie to niewyobrażalnie sentymentalna podróż, a jednocześnie podsumowanie losów dotychczas spotykanych bohaterów. Historia bez cienia wątpliwości wiele razy wprawi w osłupienie kinomana, jak i również wzruszy oraz rozbawi. Poprowadzona nadzwyczajnie płynnie, sprawi, że początkowe przerażenie niesamowicie długim seansem zmieni się w nieopisane zaszokowanie oznaczające: „to już koniec?” i pragnienie zostania w fotelu i oczekiwania na scenę po napisach. A będzie to niecodzienne zaskoczenie, bo jej niestety nie zobaczymy. Kwestii efektów specjalnych nie będę poruszać, bo i tym razem nikt się nie zawiedzie. Standardowo utrzymane na najwyższym poziomie, jeszcze lepiej pomogą odbiorcy wczuć się w klimat zakończenia gry. Jasno można zauważyć, że wszelkiego rodzaju bitwy i wybuchy, jak przenoszenia w czasie są jednym z mocnych punktów Marvela. Oczywiście zaraz po wyrazistych bohaterach. Emocje, ogromne emocje będą towarzyszyć od początku do końca filmu, będzie to jedna bezkresna sinusoida płaczu i uśmiechu. Każdy, kto kocha całe uniwersum Marvela, z pewnością w ostatnich scenach uroni nawet małą łzę smutku, która będzie symbolizować koniec pewnej epoki w kinie superbohaterskim. Wraz z pogrzebem największego patrioty w dziejach kończą się Avengersi, a superprodukcje wchodzą na wyższy poziom. Ten, niedługo już wyznaczony przez Bracia Russo w kolejnej fazie MCU.

Jestem przekonana, że dzieło Marvela przejdzie do historii tak samo, jak symboliczne pstryknięcie Thanosa. Zakorzeniło się ono tak mocno w popkulturze, że do dziś możemy zauważyć ten przewijający się motyw. Było to ogromnie wypatrywane zakończenie, na które fani czekali dekadę, mimo wszystko bracia Russo utrzymali poziom i nikogo nie zawiedli. A co więcej podnieśli sobie bardzo wysoko poprzeczkę, chcąc tworzyć kolejne „marvele” w tym duchu, bo publiczność już wie, czego może się spodziewać po pracy tego fenomenalnego zespołu.

Bracia Russo, tworząc trzygodzinne pożegnanie z Avengersami, w III fazie MCU (jeszcze przed nami Spider-Man: Daleko od domu) przygotowali prawdziwą niespodziankę (albo i nie, bo zapewne fanatycy stworzyli więcej niż 14 miliardów zakończeń) dla swoich fanów. Pozwolili sobie na prawdziwą podróż poprzez wszystkie dotychczasowe produkcje. Przywołali bohaterów, którzy pojawili się w jednym lub dwóch filmach, ale wywali duże znaczenie na życiu obecnych superbohaterów. Prawdziwy crossover wszechczasów, ale myślę, że na tym polu jeszcze nie raz nas zaskoczą, bo już niedługo czeka nas wejście w kolejną, już IV fazę MCU. Na to liczę, a teraz zaczynam odliczanie do kolejnego planowanego filmu — Spiderman: Daleko od domu.

Filmu nie będę nawet co polecać, bo jestem pewna, że Avengers: Koniec gry, zbierze miliony, a nawet miliardy widzów. Dobra produkcja jest w stanie obronić się sama, nie ma sensu nikogo zachęcać. Kto nie obejrzy, niech wie, co traci, a traci bardzo dużo.

Ocena: 9/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.