Nagroda Nobla to dla jej zdobywcy czasami za mało. Popularność mija, a o nagrodzonym szybko się zapomina. Wydawać by się mogło, że laureat, aby znów wrócić na piedestał, musi stworzyć coś lepszego, niepokornego, zjawiskowego. Nobel w kategorii literatury to jednak ogromne wyróżnienie dla pisarza, mawia się, że większej nagrody twórca nie zdobędzie, w związku z czym nie ma potrzeby odbierać innych pomniejszych nagród czy odznaczeń. Maksyma ta również przyświecała głównej bohaterce nowego filmu Jacka Borcucha. Kobieta, mimo wszystko, decyduje się odebrać nagrodę honorowego obywatela miasta. W czasie przemówienia wypowiada okropne słowa, porównując terrorystów do artystów, a największe zbrodnie do dzieł sztuki. Celebrytka nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co powiedziała i jakie skutki może spowodować jej manifestem.

Przyznam, że Słodki koniec dnia to moje pierwsze spotkanie z twórczością Jacka Borcucha. Nie było ono idealne, bo niestety od samego początku miałam pewną wizję tego filmu, a medialna otoczka stworzona wokół polsko-włoskiej produkcji zapowiadała, że czeka mnie niesamowite doświadczenie. W końcu otrzymał nagrodę Sundance, a to już samo w sobie zapowiada istotę tego dzieła i czego powinniśmy się po nim spodziewać. Do tego należy dodać Krystynę Jandę, niewątpliwie pierwszą damę polskiej kinematografii oraz Kasię Smutniak, znaną jako młodszą siostrę Moniki Belluci. Trzeba pamiętać, że cała historia opowiedziana przez Borcucha dzieje się w małym, spokojnym, toskańskim miasteczku. Wszystko zapowiadało więc seans idealny.

Włoska sielanka niestety nie może trwać zbyt długo. Zawsze musi pojawić się jakiś spisek czy problem, który momentalnie zrujnuje niezapomniany urok słonecznej Italii. Film Jacka Borcucha przede wszystkim skojarzył mi się z wakacjami w okresie szkoły podstawowej. Ich początek był zawsze cudowny, ale entuzjastyczny start kończył się w momencie przełomowym – gdy pojawił się plan lekcji, a koleżanki i koledzy zaczynali wracać do domów, aby przygotować się na nowy rok. Słodki koniec dnia wygląda podobnie — zaczyna się wręcz magicznie, a później wszystko zaczyna się psuć. Myśl, że cały film będzie utrzymywać jednorodny poziom, kazała mi sądzić, że mam do czynienia z polskim dziełem roku. Do tego miana brakowało mi wytworzenia relacji na linii twórca — odbiorca – Słodki koniec dnia, nie próbował ani przez moment zaangażować widza, pokazać, że jest godny uwagi.

Początek filmu bardzo przypadł mi do gustu, zapowiadał prawdziwa włoską sielankę, wyważenie, harmonię. Później nastąpiła wielka sinusoida, reżyser przede wszystkim chcę pokazać obojętność laureatki względem świata, jej niezależność oraz pozycje społeczna. Kobieta przekonana o swojej wyjątkowości nie do końca przejmuje się własnymi poczynaniami i przez 90 minut ekranowego brnie w narcystyczną postawę. Sylwetka Marii Linde została przede wszystkim przerysowana — twórca postawił sobie za zadanie sportretowanie wyższych sfer, a to najprościej w świecie go przerosło. Nie podołał wizji przedstawienia Włoch i wplatania ich do swojego świata. W związku, z czym do kin trafił pół obraz społeczeństwa.

Na pozytywną notę zasługuje duet Janda — Smutniak, który doskonale dogaduje się na ekranie. Janda stylizowana na kobietę ciekawą świata, bujająca w obłokach, a Smutniak tę, stąpającą twardo po ziemi, a jej głównym zadaniem było przywoływanie matki do porządku i pomóc w powrocie do rzeczywistości. Natomiast całe tło praktycznie nie istnieje. Wybijające się rolę tej dwójki praktycznie cały czas kradną poszczególne sceny, nie pozwalając nikomu innemu zabłyszczeć.

Reżyser przedstawia włoski krajobraz w okropnie obojętny sposób i o ile możemy zaobserwować małe rozkwity włoskiego klimatu, to umiera on szybciej, niż można byłoby pomyśleć. Brakuje słońca, jasności, uśmiechu czy satysfakcji wakacjami. W Słodkim końcu dnia tego nie poczujemy. Nie poczujemy klasycznego toskańskiego ciepła, spotkamy się raczej z klimatem deszczowo- chmurowych bez przebłysków promieni słońca. Bardzo jest mi tego szkoda, bo twórca miał, praktycznie rzecz ujmując, wszystko, aby stworzyć świeżą jak morska bryza historie. A nie ten wytwór, który widziałam.

Borcuch nastawił się na przedstawienie ogromnej siły kobiet, Krystyna Janda pokazuje, że świat należy do niej. A my — odbiorcy, kolejny raz w tym roku mamy okazję zobaczyć feministyczny manifest. Czy kinem XXI wieku będą rządzić kobiety?

 

ocena: 5/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.