Kilka miesięcy temu mieliśmy okazję zobaczyć Narodziny Gwiazdy w reżyserii Bradley’a Coopera, a oscarowe „Shallow” rozbrzmiewało wszędzie. Zachwytom oczywiście nie było końca, a większość wróżyła niezapomnianemu duetowi wielu statuetek – nie jednej, czy dwóch, ale w każdej kategorii. Dopiero gdy fascynacja Ally opadła, narodziła się historia Celeste. Pozostaje zapytać, która gwiazda — Lady Gaga czy Natalie Portman – będzie lśnić jaśniej.

Celeste zawdzięcza swój wizerunkowy sukces ogromnej tragedii. Dziewczyna prawdziwym cudem przeżyła zapoczątkowaną przez kolegę z klasy strzelaninę w szkole. Dzięki pobytowi w szpitalu i ciągłym operacjom stara się powrócić do formy, jednocześnie próbuje uciec jak najdalej od medialnego szału związanego z zachowaniem kolegi. Celeste cały czas opiekuje się siostra, która pomaga jej napisać piosenkę w hołdzie dla ofiar makabrycznego zajścia. Dziewczyna śpiewa ją na pożegnalnym spotkaniu zmarłych przyjaciół. Nagranie prawie natychmiast trafia do sieci, a kariera nastolatki z dnia na dzień nabiera rozpędu.

Trzeba przyznać, że reżyser –  Brady Corbet – uczniowsko trzyma się szkolnych wytycznych na opowiadanie na trójkę, nie zasługując nawet na plusa na zachętę – prolog, dwie części rozwinięcia i zakończenie, tudzież zwane finałem. Czasami dodaje wstawki w formie narratora historii, a w tej roli bardzo dobrze sprawdził się Dafoe, próbujący za wszelką cenę dopowiedzieć nieścisłości zaistniałe na ekranie. Losy opowiedziane przez reżysera niemiłosiernie męczą, nie dając nawet chwili odpoczynku. Corbet chciał dosłownie wszystko wcisnąć do swojego manifestu XXI wieku, co nie jest korzystne. Otrzymamy kilka tuzinów wątków, które się nie skończą, albo co lepsze, a raczej gorsze, nic do tego filmu nie wniosą. Po prostu będą dla wypełnienia czasu projekcji.

Vox Lux skupia się na przekazaniu wszystkiego, jednak ma ogromny problem z wyważeniem momentów ważnych, ważniejszych i całkowicie nieistotnych. Prolog skupia się na pokazaniu życia młodej Celeste przed wypadkiem, a konkretnie chwilę, gdy do sali wpada uczeń z karabinem i wpierw morduje nauczycielkę, a później celuje do rówieśników. W pierwszym akcie bacznie obserwujemy drogę na szczyt młodej gwiazdy wypełnioną obskurnymi imprezami w klubach, nagrywaniem teledysków i godzinami prób powrotu do normalnego życia. Natomiast w drugim poznajemy dojrzałą artystkę mierząca się z problemami sławy, popularności i wychowania nastoletniej córki. Finał, który zaserwuje nam Corbet z głównym udziałem Portman, nie jest niczym innym jak koncertem gwiazdy, pozostawiającym, jak na 2019 rok, naprawdę wiele do życzenia.

Trudno powiedzieć, co w tej produkcji jest dobre. Spotkaliśmy się z wielką huśtawką nastrojów artystyki lub reżysera albo widza. Dostaliśmy film — produkt, prawiący o grzeszkach XXI wieku i skupiający się na postaci Celeste. Była grana przez dwie osoby. Początkowo w młodą, wschodzącą gwiazdę wcieliła się Raffey Cassidy. Aktorka grała niewytłumaczalnie sztucznie i bezpłciowo. Przez cały czas tworzyła kreację tak samo, a na jakikolwiek przypływ emocji czekałam przez cały czas trwania filmu, niestety to nie nastąpiło. Wyglądała, jakby wcielenie się w Celeste przerosło jej umiejętności i źle się z tym czuła. Ogromnym minusem jest to, że dziewczyna ponownie w tym samym filmie odgrywa również rolę córki dojrzałej wersji siebie. Wprowadza to ogromny chaos w odbiorze produkcji Corbeta, która w pewnym momencie przestaje nas oszukiwać i spokojnie może zostać spisana na straty. Dorosła postać Celeste wypada w tym porównaniu znacznie lepiej. Natalie Portman w pełni autentycznie odegrała rolę zbuntowanej gwiazdki, zmęczonej światem. Może nie olśniewała tak, jak zapowiadały to krzykliwe nagłówki amerykańskiej prasy, ale stworzyła wiarygodną kreację. Jednak zabrakło jej tego, co miała Lady Gaga w Narodzinach Gwiazdy – niesamowitej charyzmy, umiejętności scenicznych. W finale stworzyła show, ale nie było to show, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Było to coś w rodzaju próby naśladowania mentorki (tu: Lady Gagi), wytworzenia emocji, kontaktu z publicznością, ale ani trochę tego nie kupuję. Corbet mógł stworzyć film, ale totalnie nie potrafił odwzorować atmosfery koncertu Celeste – „wielkiej gwiazdy”. Ogromnie brakowało zakończenia na które, wydaje mi się, wszyscy czekali, a w zamian otrzymali niezwykle amatorski koncert. Historii tej nie uratuje nawet błyskotliwy menedżer grany przez Jude Law, czy  Stacy Martin. Oboje przez cały czas próbowali utrzymać tę produkcję na powierzchni. Stworzyli genialnie wykreowane postacie i nie wiem, czy to sprawka reżysera, czy talentu tej dwójki, ale były stuprocentowo naturalne, a nie przerysowane jak wersje Celeste.

Dzieło XXI wieku, jak zdecydował mawiać Corbet, przekazuje odbiorcom wiele informacji na temat przemysłu muzycznego. Jednak zapomniał o jednym – zupełnie inaczej wyglądały kasowe hity w latach 2000, a inaczej teraźniejsze. A dla reżysera nie było to żadną różnicą, szybka podróż w czasie – czyżby cząsteczki Pyma zostały wykorzystane? Mimo wszystko trzeba przyznać dodatkowe punkty za soundtrack i piosenki stworzone na potrzebę dramatu. Za oprawą muzyczną stoi Sia, australijska piosenkarka, która zadziwia za każdym razem. Mimo wszystko to nie podołało, aby film utrzymał się na granicy dobrego smaku. To coś w rodzaju zdegustowania obrazem, na który się czekało…

Vox Lux jest jednorazową rozrywką, za rok nikt nie będzie o nim pamiętać, a „Shallow” wybrzmieje dużo głośniej niż „Alive” z drażniącym I, I, I, I ( tłumacząc: aj, aj, aj, aj do potęgi nieskończoność). Trochę szkoda, ale musimy się z tym pogodzić i oczekiwać na kolejną wersję Narodzin Gwiazdy, stworzoną na wysokim poziomie. Bez popełniania karygodnych błędów Vox Lux.

Ocena 5/10

 

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.