Zdarzyło się tak, że dzień przed wyjazdem na festiwal i oczekiwaniem na film otwarcia, czyli Truposze nie umierają, zdecydowałam się wybrać do krakowskiego studyjniaka, aby przypomnieć sobie twórczość Jima Jarmuscha seansem Tylko kochankowie przeżyją. Był to strzał w dziesiątkę, bo dzięki niemu wbiłam się w rytm Jarmuschowskiego stylu opowieści o paranormalnych zjawiskach. Między tymi dwoma dziełami nie ma porównania, każde z nich działa na zupełnie różnych płaszczyznach, ale musicie wybaczyć mi, że za punkt odniesienia wybiorę właśnie ten film.

Wsłuchując się w piosenkę Strugilla Simpsona “Dead don’t die”, dwójka głównych bohaterów wjeżdża do niewielkiego, typowego amerykańskiego miasteczka – Centerville. To właśnie tam Jarmusch decyduje się opowiedzieć o swoim nowym zombie-eksperymencie, biorąc na tapetę problem globalnego ocieplenia, przesunięcia osi biegunowych i wszystkich innych możliwych kataklizmów spowodowanych przez głupotę człowieka. Przedstawia to zagadnienie w dość zabawny sposób, bagatelizując poważne aspekty tej sprawy. W całej wiosce panuje ogromny niepokój – poza medialnymi doniesieniami, zwierzęta zaczynają szaleć, uciekać czy gryźć swoich właścicieli. Słońce nie chce zachodzić, jednocześnie pojawiając się na niebie z księżycem. Na straży pokoju i prawa stoi trójka wybawców: Cliff Robertson (Bill Murray), jak przystało na prawdziwego szeryfa najważniejsza osoba w Centerville, towarzyszy mu nierozgarnięty i zabawny Ronnie Peterson (Adam Driver) oraz Mindy Morrison (Chloë Sevigny) kobieca i nieco przewrażliwiona część zespołu. To dzięki ich patrolom przeżyjemy początek filmu, jednocześnie poznając (chyba) każdego możliwego mieszkańca miasta. Prawie godzinna ekspozycja postaci przypomina odbiorcom o klasycznych amerykańskich małych miasteczkach, rodem z lynchowskiego Twin Peaks, gdzie pozorny spokój w mgnieniu oka zamienia się w nieoczywistą masakrę.

Całą realizację można podzielić na dwie części – pierwszą, gdzie Jarmusch pokrótce zaznajamia nas z Centerville, prezentując niezwykle dokładnie każdą z postaci pojawiającą się w produkcji. Odbiorca dostaje całą mieszankę charakterów, od typowych nerdów, przez paczkę znajomych, będących w mieście przejazdem, aż po właścicielkę domu pogrzebowego. W drugiej reżyser stawia na autoparodię swojego dzieła, używając dobrze znanych gagów i tłumacząc, że produkcja ta nie będzie niczym skomplikowanym. Minuta po minucie daje się porwać twórczej lub nie improwizacji, bezpardonowo mówiąc, że tylko nieliczni aktorzy dostali pełny scenariusz, a jeszcze mniejsza część go przeczytała. Jarmusch przedstawia zabójczo kreatywną wersję zagłady świata przez zombie, która tak naprawdę nie ma jasno określonego planu. Reżyser daję się porwać wodzy fantazji i wyobrażeń. Nikt – ani aktorzy, ani odbiorcy – nie wie, czego można spodziewać się po tym klasowym eksperymencie. W rezultacie widz dostanie to, na co liczył i czego oczekiwał, bo twórca dodał do swojego dzieła wszystkie elementy, które mogą świadczyć o (pozornym) sukcesie. Widza zaskoczą tytułowe truposze, których prezentacja jest mimo wszystko przemyślana, co więcej, można doszukać się w nich prawdziwych postaci, ich pragnień i tęsknot za ziemskim życiem.

Na plus również przemawiają bohaterowie, których nie da się nie polubić. Adam Driver za prawie każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, kradnie sceny pozostałym, nie tylko za sprawą swojego “niesamowicie męskiego” samochodu. Selena Gomez, gra/jest tą samą drażniącą Seleną Gomez, bądź Alex znaną z Czarodziei z Waverly Place, ale w bardziej geekowej wersji. Jarmuschowi przyznać trzeba, że stuprocentowo wykorzystał potencjał Tildy Swinton. Po raz kolejny stworzył nietuzinkową kreację tej aktorki, która jest jednym z mocniejszych punktów tej produkcji. Nikt chyba nie mógłby sobie wymarzyć lepszej właścicielki domu pogrzebowego od niej. Pozorna, bezuczuciowa maska nigdy nie schodzi z jej twarzy, a widz do końca nie jest przekonany, czym podyktowany jest ten artystyczny (?) zabieg. Staje się najbardziej zdystansowaną postacią, a w ostatecznym rozrachunku rozbawi widza każdym elementem swoich działań, sposobem mówienia, chodzenia, mimiką twarzy. Da się  jest zauważyć, że na produkcje z jej udziałem patrzę troszkę pobłażliwie, wiedząc, że to Swinton odbierze całe show i skradnie wszystkie scenę, nawet tę z Adamem Driverem.

Zakończenie Truposzy jest ujęte w sposób niekonwencjonalny, tak, aby to ono budziło największy zachwyt wymieszany z zażenowaniem. Niestety, Jarmusch zdecydował się zerwać ze swoją wyidealizowaną konwencją artystycznych, czasami przegadanych filmów. Zaprezentował zabieg nieco ryzykowny i jednocześnie próbuje udawać, że doskonale bawi się przy tworzeniu realizacji, co w ostateczności przynosi efekt inny od zamierzonego. Panie Jarmusch, proszę nie iść w tę stronę, proszę wrócić do narracji Kawy i Papierosów, z dynamiką Broken Flowers i estetyką Tylko kochankowie przeżyją, znalazł już Pan nieraz formę idealną, nie ma co tego komplikować, wystarczy tylko połączyć. Wierzę, że jest to możliwe!

Ocena 6/10 +1 za ufo

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.