Można zauważyć pewną prawidłowość w kilku filmach z 2019 roku – skupiają się przede wszystkim na analizie biograficznej. Przedstawiają życiorysy artystów, a każdy z nich coraz to głośniej skanduje: “tylko ja kocham kino, mój udział w nim jest największy”. Tworzą kino niezwykle, nostalgiczne wypełnione indywidualnymi rozważaniami o tym, jak wyglądało ich (ich bohaterów) życie. Reżyserzy tworzą o sobie i dla siebie. Wchodzą w swoje prywatne rozumienie X muzy, jednocześnie zwierzając się odbiorcom z tego, jak przebiegała ich praca. Podsumowaniem tej tendencji jest główny bohater najnowszego dzieła Pedro Almodovara – Salvador Mallo, który decyduje się dokonać ostatecznej spowiedzi, związanej w szerszym kontekście z podsumowaniem twórczości, czy przedstawieniem lub wykrzyczeniem swojego własnego “ja”.

Salvador Mallo to ceniony reżyser, który po wielu latach ciężkiej pracy przeżywa kryzys nie tylko twórczy, ale też zdrowotny. Bohater zdaje sobie sprawę z tego, że jego dni dobiegają końca. Dokonuje osobistego podsumowania swoich dotychczasowych osiągnięć, z uśmiechem wspomina swoje trudne, ale szczęśliwe dzieciństwo, młodość oraz pierwszą i ostatnią miłość. Jednocześnie zmaga się z nawracającymi bólami pleców i problemami z oddychaniem. Jak na cenionego reżysera przystało, filmoteka w rocznice jego największego dzieła decyduje się na pokaz filmu z udziałem twórców. Na scenie obok Salvadora ma stanąć jego przyjaciel z młodości Alberto – odtwórca głównej roli. Niestety ich drogi się rozeszły zaraz po skończeniu zdjęć, więc nie utrzymywali kontaktu przez dobre trzydzieści lat. Reżyser decyduje się wyciągnąć rękę do aktora, a ten wprowadza go w świat uzależnienia.

Almodovar chce przedstawić swojego bohatera w jak najpełniejszy sposób. Podczas seansu przewija się ogrom wątków, uzupełnionych przez retrospektywy. Muszę przyznać, że przez to Ból i blask to ogromna sinusoida, która na dłuższą metę nie jest dobra, a cały film składa się ze scen, które w zasadzie oceniałam zero- jedynkowo.

Reżyser w znakomity sposób przedstawił życie małego Salvadora, który wiedzie spokojne, ale trudne dzieciństwo, tułając się z matką od miasta do miasta. Historia ta jest w pełni prawdziwa. Trudno powiedzieć, czy to za sprawą pięknych, bezkresnych krajobrazów, czy uroku osobistego Penelope Cruz, ale sekwencje stworzone w Paternie ujmują serce. Na tym poziomie wszystko wygląda wręcz idealnie, jest doskonale stworzone, mogłabym nawet powiedzieć, że dużo lepiej oglądałoby mi się tę linię fabularną jako rzeczywisty i pełnowartościowy film.

Niestety całkowitym przeciwieństwem moich zachwytów jest ukazanie obecnego życia dorosłego już bohatera. Jego przebieg wydał mi się bardzo przerysowany, twórca chciał przedstawić Antonio Banderasa w roli zmęczonego życiem i zmagającego się z depresją reżysera. Mawia się o życiowej roli hiszpańskiego aktora, bez wątpienia była to brawurowa kreacja, która po raz kolejny dowiodła o jego znakomitym kunszcie. Mimo tego nie jestem w stanie w nią uwierzyć, tak samo, jak w przedstawioną historię. Brakowało mi tytułowego bólu, bo główną rolę cechował tylko blask. Reżyser, gdzieś prawdopodobnie w biegu porzucił plan przedstawienia historii, która w większości jest wybrakowana i potraktowana nader schematycznie. Postacie nie były autentyczne, brakowało im duszy, każda relacja wprowadzała niewyobrażalną wręcz sztuczność, która niepotrzebnie dawała depresyjny wydźwięk i uczucie samotności nie Salvadora, lecz widza.

Trzeba przyznać, że reżyser jest niesamowitym estetą, to co urzekło mnie, a zakładam, że i większość, to gama kolorystyczna, w której się obraca. Używa kolorów z ogromną odwagą, zestawia je w dość niekonwencjonalny sposób. Połączenia, które z góry wydają się niemożliwe, tutaj nabierają prawdziwych barw i niejako stanowią o istocie filmu. W Bólu i blasku kolorystyka odgrywa główną rolę i to przede wszystkim przemawia na plus tej produkcji. Większość kadrów ułożonych jest z niebywałą misternością i dbałością o każdy, nawet ten najmniejszy szczegół. Każdy z nich spokojnie mógłby być osobnym zdjęciem, które wspaniałe mogłoby prezentować się na wystawie. Najlepszym zobrazowaniem tego jest plakat dzieła, który zachęcił mnie do zainteresowania się Bólem i Blaskiem – nie znane nazwisko reżysera (z którym to było moje pierwsze spotkanie), ale doskonała gra kolorów na afiszu filmowym.

Podsumowując, najnowsze dzieło Almodovara jest mimo wszystko godne uwagi, jestem w pełni przekonana, że ostatnia scena rozczuli Was do granic możliwości i za nią muszę przyznać dodatkowego plusika.

Ocena 5+/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.