Nikt nie kocha sztuki filmowej tak bardzo i nikt nie wyciąga z osiągnięć kinematografii tak dużo jak Quentin Tarantino. Można wspominać o mistrzach w swoim fachu, twórcach legendarnych, pionierskich, ale to reżyser kultowego Pulp Fiction za każdym razem udowadnia, jak zżyty jest z kinem i światowym dorobkiem X muzy. W tym roku zaprezentował na festiwalu w Cannes dziewiąty film o wziętym tytule – Pewnego razu… w Hollywood. Od pierwszych pokazów minęło już trochę czasu, a realizacja z każdym dniem zyskuje kolejne rzesze fanów.

Przyznam, że dziewiąta produkcja w karierze Quentina była (aż wstyd głośno mówić!) jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów w tym roku. Znów z każdej możliwej strony docierały do mnie informacje o tym dziele, czekając na ten najlepsze, najwspanialsze, najdoskonalsze przeżycie 2019 roku. Wokół mnie roztaczała się bańka seansu idealnego i zakładam, że nie tylko wokół mnie, bo patrząc na festiwale, jak i również kina, Pewnego razu… w Hollywood zgromadził ogromnąubliczność, która za wszelką cenę chciała zobaczyć kolejne świadectwo reżysera lubianego Pulp Fiction. Należąc do tej grupy, również wybrałam się na najnowszego Tarantino podczas Festiwalu Nowe Horyzonty, ale dopiero teraz – na chłodno i po kilku kolejnych seansach – wszystko na spokojnie sobie ułożyłam i mogę szczerze powiedzieć, że bańka pęka za każdym razem, gdy niniejszy film wspominam.

Quentin obraca się w tematyce szeroko rozumianego Hollywood, chce przedstawić go nieco prześmiewczo i naiwnie. Tak, jak maluje się on w oczach wielu, niczym aktorska wersja mitycznego american dream. Reżyser zdecydował się poprowadzić dwie linie fabularne. Pierwszą z nich są losy wziętego aktora westernów Ricka Daltona i jego prawej ręki, kaskadera – Cliffa Bootha. Gdzieś obok, całkowicie w cieniu wplata historię Sharon Tate, hollywoodzkiej ślicznotki stawiającej pierwsze kroki na scenie show-biznesu. Oba te wątki przez początkowe dwie godziny filmu dzieją się całkowicie osobno, aby na końcu w pewien sposób się scalić.

Gwiazdami Pewnego razu… w Hollywood są bezapelacyjnie Leonardo DiCaprio (Rick Dalton) oraz Brad Pitt (Cliff Booth), gdzie w Taratninowskim świecie, to DiCaprio jest gwiazdą, a Pitt jego wsparciem, przyjacielem, psem na posyłki, kumplem od czarnej roboty, aż wreszcie kaskaderem. Gdy ta dwójka pojawia się na ekranie przyćmić ją może jedynie wdzięk Margot Robbie, którą niestety nie będzie nam dane widzieć zbyt często. Tutaj za całe show odpowiadać mają DiCaprio z Pittem, czasami wspomagają ich inne głośne nazwiska Hollywoodu. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że pomysł Quentina całkowicie mnie nie kupił. Oglądałam ten film niemalże z zegarkiem w ręku, zastanawiając się, za ile się skończy oraz jakie zakończenie zaproponuje. Widać, że reżyser niesamowicie starał się powrócić do korzeni, odrobinę bazując na tym, co niegdyś porywało fanów. W produkcji przecież każdy znajdzie sceny potyczek, które mogłyby konkurować z tymi z Kill Bill. Jednakże, dziewiąty film jest za mało Tarantinowski. Zbyt dojrzały, zbyt przemyślany, nie pozwala sobie na momenty kombinowania z czasem czy chronologią, co dla mnie zawsze było ogromnym plusem jego twórczości.

Tarantino stworzył produkcję, bazując na pokazaniu jak w rzeczywistości wyglądało kręcenie filmów w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Kto jak kto, ale DiCapiro do tej roli nadał się wręcz idealnie, patrząc na jego karierę w ciągu wielu lat. Sądzę, że zdobywca Oscara odnalazł w roli Rick Daltona również siebie, nie zapominając o klasycznym występie Pitta. Jednocześnie zaproponował całkowicie odrębne zakończenie tragicznych wydarzeń z nocy 9 sierpnia 1969. W tym przypadku całe ostatnie pół godziny seansu skupia się na tym momencie, na ekranie pojawiają się oznaczenia czasowe, co wcześniej nie miało w ogóle miejsca. Wiedząc, że Tarantino jest mistrzem niekonsekwencji, można mu to wybaczyć, jednak wprowadziło to znaczne zamieszanie w odbiorze, gdy przez dobre dwie godziny oglądamy po prostu „normalny, stonowany” film. Oczekiwanie widzów na “godzinę 0” w związku z tym rosło z każdą minutą i zmianą sceny.

To, co urzekło mnie najbardziej w produkcji, którą już teraz oceniam na bezpieczne 5 gwiazdek na dziesięć, to znakomite oddanie klimatu lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku. Było to wręcz magiczne przeniesienie do tamtych czasów. Powiedzmy sobie szczerze, kto nie chciałby się spędzić, chociaż chwili w hipisowskim świecie Ameryki, gdzie czas płynie wolno i beztrosko? Dodatkowo też, reżyser skupił się na ładnych kadrach, pięknie je układając. Szkoda tylko, że wiele scen pojawiło się tylko dla wypełnienia czasu produkcji, żeby cieszyły oko i nic nie wnosiły. Prawdziwym dziełem jest zwiastun, w którym pokazano wszystkie najbardziej urokliwe sceny, które nie wiadomo jakie miały zadanie w filmie.

Trzeba wspomnieć, że postać Polańskiego jest tylko tutaj lekko naszkicowana, reżyser nie wdaje się w próby rekonstruowania jego życia, pokazywania życiorysu jego, czy jego żony – Sharon. Jak i również nie zagłębia się w przeszłość “rodziny” Mansona i nie pokazuje jak działa owa sekta religijna. Historia ta nadaje tylko i wyłącznie pewne ramy czasowe, w których dzieje się Pewnego razu… w Hollywood. Jest to jeden z dodatków, a raczej przerwa od podziwiania aktorskiego kunsztu DiCapirio czy Pitta, którzy swoich ról w rzeczywistości nie wygrali, po prostu byli sobą.

Pewnego razu… w Hollywood to z pewnością  film, który każdy powinien zobaczyć. Zakładam, że za parę lat będzie owiany tą samą słabą, co jego starszy kolega – Pulp Fiction. Pozostaje pytanie, czy również zyska miano dzieła kultowego. Jak na razie publika jest całkowicie podzielona. Za 10 lat dokładniej podsumuje.

Ocena 5/10

Zapewne pamiętacie te wielkie nagłówki, które przykryły facebookowe tablice większości kinofilów na początku 2018 roku. Cały internet oszalał informacją, że Tarantino chce zatrudnić polskiego aktora do swojego nowego filmu. Wyborom nie było końca, a szczęśliwcem okazał się Rafał Zawierucha. Naszego rodaka zobaczymy na ekranie łącznie może minutę, ale nie zapominajmy o tym, że to on pierwszy grał u Tarantino.

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.