Zacząć należy od braw i pochwał, których niestety na multipleksowej sali nie mogłam zauważyć. Joker najnowszy blockbuster w reżyserii Todda Phillipsa przywrócił z pewnością dawno już zapomnianą chwałę uniwersum DC. Niewyobrażalnie ciężko przychodzi mi to powiedzieć, ale DC ogromnie podniosło poprzeczkę MCU. Chociaż na tym polu nie mają o co rywalizować, każdy z kasowych gigantów zdecydował się obrać własną strategię i czymś zupełnie innym kusić potencjalnych odbiorców. DC odeszło lekko w stronę kina wyważonego, spokojnego, skupiającego się na poważnych psychologicznych tematach z dala od superbohaterskich historii o Avengersach wypełnionych mnóstwem efektów specjalnych. DC przedstawia swoje filmy bardzo wyrafinowanie, stawiając na autentyczne postaci, a nie przerysowanych superbohaterów.

Zacznijmy od ucieczki, szalonego pościgu po ulicach, odbijania się od taksówek, zabójczego wyścigu po ulicach między samochodami. Tym razem to nie Joker goni, ale musi uciekać przed bandą okolicznych łobuzów, którzy za punkt honoru postawili sobie dokopać nieśmiesznemu klaunowi. Role odwrócą się, gdy Arthur będzie mieć pod ręką pistolet – broń, która rozpocznie “lepsze czasy” i wznieci bunt mieszkańców całego miasta Gotham, a jednocześnie sprawi, że tytułowy bohater z mało rozgarniętego klauna przemieni się w wysokiej klasy komika. Stanie się to za sprawą nieśmiesznego nagrania, które trafi do prestiżowego programu Murray’a Franklina. Niby błazeński występ na lokalnej standupowej scenie otworzy Arthurem drzwi do świata komedii, w którym to on, już jako Joker, będzie grać pierwsze skrzypce, bezproblemowo przyznając się do wzniecenia rewolucji.

Historia, którą opowiedział Todd Phillips, jest skonstruowana bardzo sprawnie. Reżyser od samego początku bardzo dokładnie buduje postać Jokera, znakomicie kreując jej wątki, a przede wszystkim skrupulatnie przedstawiając portret psychologiczny głównego bohatera. Reżyser przybliżył historię w pełni autentycznie, bazując na komiksowej kanwie i czerpiąc wzorce z podobnych Jokerowi produkcji. Od samego początku uważny widz będzie mógł zaobserwować, że Phillips, tworząc DCowski film, korzysta z wielu dotychczasowych dzieł filmowych i wyciąga z nich trafne wnioski. Jedną z głównych inspiracji, czego reżyser nie kryje, był Król komedii z 1982 roku w reżyserii Martina Scorsese. Co więcej, spełnił największe senne marzenia Ruperta Pupkina, obsadzając Roberta De Niro w roli Murraya Franklina, nowego odpowiednika Jerry’ego Langforda. Jednak są to tylko bardzo wyraźnie zaznaczone natchnienia, które na szczęście nie są kalką z 1982 roku. A te dwie historie, pomimo podobnych pobudek, opowiadają o czymś zgoła innym.

Na przestrzeni dwugodzinnego filmu reżyser precyzyjnie pokazuje nam drogę, jaką musiał przejść Arthur, aby zmienić się w psychopatycznego Jokera. Stało się to nie tylko za sprawą atrakcyjnego scenariusza, ale również dzięki fenomenalnemu zaangażowaniu Joaquina Phoenixa do tej roli. Aktor na ekranie czuje się fantastycznie, tak jakby postać Jokera była dla niego przeznaczeniem. Odgrywa swoją rolę w pełni wiarygodnie, prowadząc widza w najmroczniejsze zakamarki Gotham. Zdarza mu się często śmiać widzowi w twarz, co zawsze stara się usprawiedliwić chorobą, ale nie w tym rzecz. Śmiech ten nie jest śmiechem zaraźliwym, raczej tym zwiastującym najgorsze. Specyficzny krok, zmaganie z chorobą psychiczną, demoniczny taniec oraz genialna mimika twarzy tworzą Phoenixowego Jokera najbardziej tajemniczą i mroczną postacią, a zarazem niezwykle charyzmatyczną, która potrafi dostosować się do każdej sytuacji. Wykreowany klaun spełnił każde zadanie. Z początku raduje serce, aby na końcu z ogromną siłą zepsuć pięknie wyglądający obraz rzeczywistości. Sukces, jaki odniósł Joker Todda Phillipsa w stu procentach jest zasługą aktora, ani trochę nie zdziwię się, jeśli za parę miesięcy Akademia nominuje Phoenixa do Oscara za rolę pierwszoplanową, co więcej będę bardzo zdziwiona, jeśli tego nie zrobi.

Stylistyka, w której Todd Phillips tworzy swojego Jokera, doskonale oddaje klimat ubiegłych dziesięcioleci. Daleko mu do kolorowych superbohaterskich wizji świata. To w Phillipsowskim Gottham, pełnym brudu, szarości, deszczu, najdoskonalej rozgrywa się dramat Jokera. Docenić trzeba Jokera nie tylko za wspaniałe aktorstwo, ciekawy i trzymający w napięciu scenariusz, ale również piękne i mroczne zdjęcia. Sprawiają, że z jednej strony widz czuje się jakby oglądał najwyższej klasy horror, z którego w strachu chce się uciec, ale z drugiej trzymają w napięciu. Lawrence Sher z każdą minutą sprawdzał i próbował jak najlepiej oddać tytułową postać. Czasami długie ujęcia, częściej krótkie, szaleńcze biegi kręcone kamerą z ręki, aż wreszcie wynaturzone przybliżenia na głównego bohatera. Zgrabnie uporządkowane stworzyły perfekcyjny i pełny obraz nietuzinkowego psychopaty – Jokera.

Chyba jedyną rzeczą, którą mogę zarzucić tej produkcji, jest to, że Todd Phillips pokusił się na korzystanie z najsłabszych standupowych żartów. Daleko im było do wysmakowanego dowcipu, były niesamowicie nudne i wyeksploatowane. Oprócz tego, odrobinę brakowało mi ręki Scoresese tak, aby Joker, posiadał ten sam upór i zaangażowanie, które cechowało Pupkina. Tytułowy bohater z niewyobrażalną łatwością i z zerowym zaangażowaniem doszedł do sukcesu. A jak dobrze wiadomo, coś takiego często graniczy z cudem. Element fantastyczny czy szczęściogenny w tym filmie nie miał prawa się pojawić. Zepsuł on bardzo podsumowanie ciężkiej pracy Jokera.

Nowe wcielenie Jokera z pewnością zostanie zapamiętane na bardzo długo, nie tylko przez fanów kina, ale również filmowych entuzjastów. Seans jak najbardziej jest godny polecenia i warty uwagi. Liczę na to, że drogą, którą teraz obrało DC, jest drogą dobrą i szybko z niej nie zboczy. Teraz pozostaje mi tylko czekać aż w lutym moje słowa się potwierdzą.

Ocena: 7/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.