Tegoroczny laureat Złotej Palmy w Cannes Joon-ho Bong może być z siebie dumny. Jego najnowszy film pt. Parasite skradł serca (chyba już!) milionów widzów na całym świecie, a wszystko za sprawą istnej mieszanki możliwych rodzajów kina. Tylko u Joon-ho Bonga koreańska harmonia idealnie współgra z amerykańskim napięciem i modernistyczną architekturą. To prawdziwe dzieło i obiecuję, że złego słowa na Parasite nie powiem, bo ponad dwugodzinny seans nie ma w sobie ani jednej wady.

Parasite jest od początku do końca wypełnione kontrastami. Spokojny dramat spotyka się z kinem grozy, a całe zamieszanie zaczyna się, jak zawsze, bardzo niewinnie. A wszystko za sprawą korepetycji oraz połączenia dwóch różnych światów – bogatej, wysoko postawionej koreańskiej rodziny wraz z biedną, ale pełną miłości familią. Z tego nigdy nic dobrego nie może wyniknąć. Gdy młody Gi-woo ma szansę pomóc z nauką angielskiego córce bogatego biznesmena z branży IT, od razu zastanawia się jak wkręcić pozostałych członków rodziny do pracy. I tak kolejno siostra dostaje posadę nauczycielki plastyki, kierowca, wręcz w ciągu kilku godzin zostaje zwolniony, by jego miejsce zajął ojciec chłopaka. Nawet oddana i zaprzyjaźniona z Parkami gosposia musi ustąpić miejsca matce w wyniku pretensjonalnej intrygi.

Właśnie w ten sposób Joon-ho Bong układa swoje lalki w pięknych minimalistycznych wnętrzach i cudownych kadrach. Przestrzenie są niczym zdjęcia wyjęte z Archidaily, a meble zapewne pochodzą z katalogu Vitry. Elementy idealnie się komponują, nie ma przepychu, a wszystko jest przejrzyście ustawione. Jestem w pełni przekonana, że reżyser, gdyby nie tworzył filmów, z pewnością projektowałby wnętrza, które w Parasite ogląda się w niesamowitą przyjemnością.

Twórca koncentruje się na każdym elemencie i sprawia, aby widz przez cały seans czuł się, jakby jechał na wielkim rollercoasterze. Wypełnia smutny dramat biednej rodziny humorystycznymi wstawkami, które w zestawieniu z horrorem doskonale do siebie pasują. Reżyser lawiruje pomiędzy znanymi gatunkami kina i czuje się w tym znakomicie, gdyż żongluje rodzajami w niezwykle wysublimowany sposób. Widz w czasie “spokojnego” seansu bacznie śledzi te zmiany konwencji, ale po zakończeniu seansu z wielką radością będzie wypatrywał kolejnego dzieła znakomitego Joon-ho Bonga. Oprócz doskonałej fabuły i zabawy z kinem dostaniemy dzieło spełnione pod względem warstwy wizualnej. Każda scena i każde ujęcie jest pieczołowicie przemyślane, reżyser układa je z ogromną dokładnością. Wszystko stworzone ze smakiem, w dobrym stylu, bez żadnych braków.

Parasite w końcu przedstawia wszystkie możliwe typy społeczeństwa, a zarazem zderzenie dwóch przeciwległych sobie światów. Joon-ho Bong oprócz tworzenia komentuje sytuację społeczną, jednocześnie wbija kij w mrowisko wyższych sfer, które w swoim filmie przedstawia jako osoby strasznie naiwnie, wręcz głupie. W świecie wykreowanym na potrzeby Parasite to biedni odznaczają się niesamowitym sprytem i mądrością, by wyciągnąć od bogatszych tyle, ile się tylko da.

Call me by your name będzie musiało ustąpić pierwszego miejsca Parasite w rankingu filmów traktujących o owocach. Luca Guadagnino pokazał nam dobre zastosowanie brzoskwiń, ale to Joon-ho Bong wykorzystał je jeszcze lepiej. Pomysł Bonga jest fenomenalnie ujęty, a co więcej, dokładnie przemyślany. Przyznam szczerze, że to jedna z moich ulubionych scen w Parasite. Czyżby Koreańczyk podniósł dużo wyżej poprzeczkę włoskiemu koledze.

Ocena: 10/10 <3

ps. Gdyby ktoś (wink wink) zdecydował się stworzyć ranking przemyślanych i najbardziej instagramowych wnętrz w filmach, wtedy Parasite byłoby na podium.

 

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.