11 października do polskich kin wchodzi dramat izraelskiego reżysera Nadava Lapida Synonimy (2019), który w tym roku został nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na Berlinale jako najlepszy film. Lapid opowiada nieco autobiograficzną historię o Izraelczyku, który ucieka do Paryża, żeby zostać Francuzem. Dramat o innej kulturze, pokazany jej przedstawicielem, otwiera zupełnie nowy świat. Trudno powiedzieć, o czym są Synonimy: imigracji, Izraelczykach, Francuzach, czy poszukiwaniu tożsamości.

W pierwszej scenie widzimy mężczyznę z ogromnym plecakiem turystycznym, który idzie ulicą, wchodzi na klatkę i wyjmując klucz spod dywanika, wchodzi do pustego mieszkania. Bierze kąpiel, wychodzi i … odkrywa, że ​​wszystkie jego rzeczy – nawet bielizna – zostały skradzione, a drzwi są szeroko otwarte. Dwóch sąsiadów, Emil (Cantin Dolmer) i Caroline (Louise Chevillot) znajdują go zdrętwiałego w wannie. Ta scena przywołuje w głowie słynny obraz Jean-Louis Davida Śmierć Marat. Okradzionym jest obrzezany Yoav, który nigdy więcej nie będzie mówił po hebrajsku i brał do ręki broni.

Film jest pełen symboliki i pięknych scen. Na przykład Yoav, straciwszy wszystkie swoje ubrania, otrzymuje rzeczy od Emila. W podziękowaniu za troskę Yoav daje Emilowi ​​srebrny kolczyk do wargi, a wraz z nim i swoje izraelskie historie. Izraelczyk chce się ich pozbyć, Francuz – upiększyć nimi swoje nudne mieszczańskie życie. Yoav niczym obsesyjny poeta mitologizuje sytuacje życiowe i jest gotowy rozpoznać bohatera wojny trojańskiej w koledze-ochroniarzu. Hector przeraził się Achillesa i obiegł Troję dziewięć razy. W końcu zatrzymał się i zmierzył się ze swoim losem.  Dramat Yoava polega na tym, żeby przeżyć doświadczenie swojego ulubionego bohatera.

W żółtym wełnianym płaszczu Emila zapiętym na ostatni guzik, Yoav pójdzie do pracy w izraelskiej ambasadzie, na kurs integracyjnym dla imigrantów, a także zapozować do zboczonego fotografa. Uciekając przed absurdem jednego kraju, zanurzy się w absurd drugiego, który wydawał mu się być ziemią obiecaną. Absolutnie nie rozumiejąc lokalnych realiów, jego wewnętrzne rozterki będą czasem wychodzić na zewnątrz, przysparzając mu wielu problemów. W izraelskiej ambasadzie, gdzie strażnicy drwią z wizytantów, trzymając ich pod deszczem u wejścia, Yoav wpuści wszystkich z krzykiem „Granice już nie istnieją!”, za co zostanie szybko zwolniony. Dlaczego w erze globalnej integracji i imigracji nacjonalizm kwitnie w tak rozwiniętych krajach świata? Podczas gdy główny bohater własnoręcznie zmienia swoją narodowość, jego kolega z pracy – Izraelczyk – walczy w nocy z francuskimi neonazistami. Im bardziej Yoav będzie próbował porzucić własną tożsamość, tym bardziej zakrzywi się przestrzeń wokół niego i tym bardziej śmieszne staną się sytuacje. Ta amplituda rzeczywistości i intonacji – od ciszy do krzyku, od bezruchu do gwałtownego tańca, od bezbronności do maniakalnej agresji – są podkreślane przez pracę kamery: w jednej chwili spokojnie kontempluje rozmawiające postacie, a w innej biegnie ulicami Paryża, niszcząc przechodniów. 

„Przeprowadziłem się do Francji, aby uciec z Izraela. Pozostawienie stanu mdlącego, brudnego, ignoranckiego, idiotycznego, odpychającego, śmierdzącego, niegrzecznego, nikczemnego, nieistotnego, obrzydliwego, złośliwego, nie do zniesienia, nie do wytrzymania … ”  To jeden z najbardziej imponujących monologów w Synonimach. Po nim Lapid już nie musi wyjaśniać, w jaki sposób film otrzymał swoją niezwykłą nazwę. Ale jej znaczenie kryje się znacznie głębiej: uciekając przed ukochanym, ale znienawidzonym Izraelem do obiecującej Francji, bohater w końcu rozumie, że …

Zobaczcie to na własne oczy.

8/10

 

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.