Kiedy nie chce się ani mówić źle o filmie, ani go chwalić, używa się powiedzenia “nie dla każdego”.  Dokładnie tak opisałabym ostatnie dzieło Juliana Schnabela Van Gogh. U progu wieczności (2019).  To najbardziej uczciwa i najbardziej pojemna recenzja, jaką można dać tej pracy reżysera. 

Większość historii biograficznych można podzielić na dwie kategorie: jedne przedstawiają życie bohatera w całości, a inne zatrzymują się na konkretnym odcinku, który zdaniem twórców jest najciekawszy. Julian Schnabel podążył drugą ścieżką. Film Van Gogh. Na progu wieczności obejmuje czas, w którym Vincent prawie bez grosza przenosi się z Paryża do Arles (1888), gdzie po srogiej zimie wynajmuje słynny żółty dom. Pobyt artysty w tym małym miasteczku w Prowansji został nazwany „okresem Arles”. To tutaj Vincent zaczął odchodzić od impresjonizmu, pogrążając się w postimpresjonizm.

Akcja na wszystkich etapach rozwija się bardzo powoli i nie ma dynamiki. Nie jest to historia, która może przyciągnąć całą uwagę widza wyłącznie przez siłę fabuły. Ci, którzy przynajmniej powierzchownie znają biografię Van Gogha, zrozumieją głębię jego cierpienia i pokochają jego obrazy, będą dążyć do śledzenia tego, co dzieje się na ekranie. Ale oceniając film w oderwaniu od osobowości samego artysty (na przykład, jeśli bohater byłby postacią fikcyjną), historia zacznie wydawać się mniej sentymentalna.

Julian Schnabel zasłynął dzięki swojej biograficznej pracy Basquiat – Taniec ze śmiercią (1996) o czarnoskórym artyście, który zdobył popularność w wieku 19 lat i zmarł 8 lat później. I jeśli w niej reżyser pokazał epokę, w której żył sam, i ludzi ze swojego otoczenia, to w Van Goghu  wstąpił on  na nieznany obszar i … pogrążył się w stereotypach. Niekończąca się demagogia na temat znaczenia sztuki i misji artysty, pompatyczne spowiedzi w imieniu bohatera (nawet jeśli mają dokumentację w postaci listów i dzienników) nie sprawiają, że historia jest piękniejsza.

Sytuację pogarszają drugoplanowi aktorzy. Sceny są przepełnione płaskimi i pozbawionymi wyrazu twarzami, na tle których gra Williama Dafoe, który zagrał Van Gogha, jest benefisem. Kiedy oglądasz pracę Dafoe, mimowolnie uderzasz się w czoło: „Dlaczego nikt nie wpadł na to wcześniej?” Później pojawią się Theo Van Gogh (Rupert Friend) i  kapłan (Mads Mikkelsen). To prowadzi na myśl, że Schnabel po prostu potrzebował więcej czasu, żeby zebrać doskonały skład. Szkoda tylko, że te dwie postacie będą jedynymi prześwitami światła w szarej masie postaci drugorzędnych. W wyniku powstaje historia bez półtonów: Van Gogh jest geniuszem, a społeczeństwo dookoła – okrutne i obce. W przypadku standardowej hollywoodzkiej produkcji biograficznej jest to usprawiedliwione, dla wielkiego artysty, autora Basquiatu – prawie nie. Schnabel próbuje poprawić sytuację niekonwencjonalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Podczas podziwiania plenerów i dyskusji o impresjonistach, Van Gogh i Paul Gauguin oddają mocz ze szczytu skały. Reżyser pewnie chciał powiedzieć, że nawet wielkich geniuszy nie należy ubóstwiać. Zanosi jednak to trochę patosem.

Są w filmie i świetne  momenty. Mocno dopracowana sztuka operatorska prezentuje widzom niesamowitą podróż wizualną. Obraz nagle traci kolor i zmienia się w negatyw, klatki są ujęte tak, jakby z punktu widzenia artysty były pomalowane żółtym lub niebieskim filtrem, dolna jedna trzecia ekranu jest z jakiegoś powodu rozmazana i podwojona. Wszystko to teoretycznie powinno odzwierciedlać niezwykłe postrzeganie świata, które Van Gogh’owi wydawało się jedyną prawdą, a jego zacofanemu otoczeniu – dziwną brzydotą. Podczas malowania dzieł takie efekty kamerzysty wyglądają pięknie, organicznie i imponująco. Temu nastrojowi towarzyszy muzyka. Spokojna i prawie niezauważalna, łączy widza ze „strumieniem świadomości” podczas długich scen bez słów (których w filmie jest dosyć dużo).

Schnabel przedstawia bezpośrednią analogię między cierpiącym artystą a Chrystusem. Tutaj staje się oczywistym wybór Willema Dafoe na główną rolę. Mimo tego, że jest o 30 lat starszy niż Van Gogh w chwilę śmierci, wygląda niesamowicie podobnie i wiarygodnie. Grał Jezusa w Ostatnim kuszeniu Chrystusa (1988) Martina Scorsese i nie można tego zapomnieć w scenie długiej rozmowy z kapłanem w szpitalu dla chorych psychicznie. W zmysłowym monologu Van Gogh mówi o boskiej naturze twórczości i że on, podobnie jak Chrystus, przybył na ten świat zbyt wcześnie – być może ludzie, którzy to rozumieją, jeszcze się nie narodzili. I tutaj każdy widz, który ma kalendarz ze „Słonecznikami”, będzie mógł poczuć więź z geniuszem.

Praca Juliana Schnabla jest doskonałym przykładem sztuki w kinie, ale słabym przykładem kina w sztuce. Nie byłam wystarczająco zainteresowana. Około 20 minut po rozpoczęciu, pomimo szaleńczej organiczności i piękna, zaczęłam nerwowo wiercić się na krześle i ciągle byłam rozproszona. Takie dzieła powinny powstawać, ale wcześnie widzowi warto się przygotować emocjonalnie, skupić się, aby poczuć nastrój bohatera. Ku mojemu głębokiemu żalowi nie udało mi się zanurzyć w tą historię głęboko, ale mam nadzieję, że wam się uda.

ocena: 5/10

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.