Dnia 9 grudnia 2019 roku w Polsce do kin wchodzi ekranizacja powieści Donny Tartt “Szczygieł”, za którą autorka dostała nagrodę Pulitzera. Film został już pokazany w Toronto oraz trafił do światowych kin – a więc jeśli moja recenzja was zaciekawi – macie dużo czasu na przeczytanie słynnej książki. Jest w niej wszystko, co wymarzy sobie typowy millenials: geje, malarstwo, to love is to suffer, a nawet śmieszna rosyjska mafia.

 

W wyniku zamachu terrorystycznego w New York Metropolitan Museum of Art 13-letni Theo traci matkę. Zniszczone sale opuszcza z pewnymi łupami, które czynią jego życie na tyle ciekawym, że przeczytanie 800 stron o jego dorastaniu nie wydaje się zmarnowaniem czasu. Poznaje sprzedawcę antyków Hobie, przeprowadza się do ojca do Las Vegas, zaprzyjaźnia się z szalonym Ukraińcem Borisem  i traci to najważniejsze, co mu po śmierci matki zostało: znany obraz “Szczygieł” Carela Fabritiusa z 1654 roku, który wyniósł z ruin muzeum.

Ekranizacja dostała złe rokowania jeszcze w 2017 roku, kiedy zostało podane do wiadmości że Donna Tartt zwolniła swoją agentkę Amandę Urban z powodu warunków umowy. Po zawarciu transakcji wartej trzy miliony dolarów pisarka nie dostała żadnych uprawnień do napisania scenariusza ani prawa do udziału w produkcji filmu według własnej książki. Ekranizacją zajął się Warner Brothers wraz z Amazon Studios, krzesło reżysera zajął John Crowley znany z Brooklyn (2015). Peter Straughan, który napisał scenariusze do eleganckiego Szpiega (2011) i zuchwałego Franka (2014), podjął się próby przełożenia 800-stronnicowej powieści na dwie i pół godziny czasu kinowego. Chciał jak najlepiej, wyszło jak zawsze: nikt nie został usatysfakcjonowany. Fani książki oburzyli się na drastyczne wycięcie kilku bohaterów i powierzchowne traktowanie legendarnej, głębokiej powieści-dorastania. Przypadkowi widzowie po prostu nie zrozumieli, o co chodzi.

Gdzieś w równoległym Wszechświecie zamiast Warner Brothers prawa do ekranizacji książki kupuje HBO i nakręca mini-serial w swoich najlepszych tradycjach. Ale to w równoległym Wszechświecie. My natomiast musimy mieć do czynienia z żenującą próbą streszczenia książki, za którą autorka dostała nagrodę Pulitzera.

Sceptycyzm powstaje już w momencie zapoznania się z obsadą filmu. Do głównej roli dorosłego Theo wybrano Ansela Elgorta, który poza rolą w waniliowym Gwiazd naszych wina (2014) z niczego więcej nie zabłysnął. Reszta to hollywoodzcy aktorzy średniego pokroju: Luke Wilson, Jeffrey Wright, Denis O’Hare… Nawet kochany przez wszystkich Finn Wolfhard nie wydaje się być dobrym trafem: wyobraźcie sobie, o ile lepszy mógłby być film, mając Borisa, który rzeczywiście ma polsko-ukraiński akcent i słowiańską urodę. Z dorosłym Borisem jest jeszcze gorzej: wygląda po prostu jak Pakistańczyk (z brązowymi soczewkami). Czy w całym Hollywood nie znaleziono żadnego rodaka? Jedyną osobą, która jest tutaj na swoim miejscu, to Nicole Kidman, grająca zimną Mrs. Barbour.

Jest jeszcze idealna Sarah Paulson, która gra Xandrę: głos z chrypką, długie obcasy, modny kolor włosów (moje gorące pozdrowienia dla kostiumografki Kasi Walickiej-Maimone). Tylko że Sarah ma taki sam problem, jak i reszta aktorów: nie daje sobie rady z prezentacją całej istoty swojej bohaterki w tych okruchach czasu ekranowego, które jej poświęcił reżyser.

Wynikiem takiego castingu jest absolutnie drewniana gra aktorów. Przesadzanie z emocjami idzie na przemian z twarzą Belli Swan, repliki nie na miejscu zabijają całą magię powieści, a same dialogi są napisane w najlepszych tradycjach Korony Królów. Tak naturalne i pociągające duchowe rozterki bohaterów książki wyglądają niezmiernie sztywnie w wykonaniu ich kinowych postaci.

Po obejrzeniu filmu z pewnością nawiedzi was uczucie, że scenarzysta nawet nie spróbował zrozumieć przekazu autorki. I dość nieuważnie sczytał sylwetki bohaterów: dorośli Platt (istne ciaсho), Everett (menel) i Boris (drobny oszust) absolutnie nie mają nic wspólnego ze swoimi książkowymi protoplastami. Bolą też zaniedbania logiczne: tygodniowe ciacho w kuchni wygląda jak nowe, Xandra karmi małego Teo narkotykami wprost w bramce bezpieczeństwa na lotnisku, a dom jego ojca o wątpliwych zarobkach, świecąc pustkami w książce, na ekranie obfituje przytulnością. Setki scen z narkomanami nie nauczyły reżysera, jak się zachowuje chemiczny ćpun, a tysiące gangsta scen nie pokazały mu, jak się kręci strzelaniny… Nie brakuje też scen z patetyczną tandetą, zaprawionych hitami Radiohead.

Nie wiadomo, dlaczego została pomieszana chronologią: reżyser i tak już zrobił ten film niemożliwym do zrozumienia przez niewtajemniczonych widzów, opuszczając tyle istotnych wątków. Zmiany fabularne w zakończeniu nie są zrozumiałe nawet przez tych, którzy powieść przeczytali.

Totalna porażka.

5/10: za malarstwo, Nicole Kidman i… nic więcej.

Jestem zapałką – od razu zapalam się pomysłami, przedsięwzięciami, ciekawością ludzi. Uwielbiam kino, dla beki pójdę nawet na “50 shades of grey”. I tylko jeden jedyny film zasługuję u mnie na 10/10: “Control” Antona Corbijna.