Niedawno minęło pół roku od mojego pierwszego seansu nowego dzieła Xaviera Dolana podczas festiwalu Nowe Horyzonty, a przy okazji kinowej premiery pojawiła się okazja, aby Matthias & Maxime zrewawatchować. Podchodziłam do tego jednak bardzo sceptycznie, bo początkowo film nie przypadł mi do gustu, mimo że chwaliłam go za plakat. Na szczęście udało mi się docenić to, co podczas pierwszego seansu mi umknęło i pokochać to, czego nie akceptowałam. I w ten oto prosty sposób z przynudnego obrazu ocenionego 5/10 stał się dziełem absolutnym z przepiękną notą 8/10 z serduszkiem.
Muszę przyznać, że jest to niebywałe dzieło, które z każdym kolejnym seansem zyskuje jeszcze więcej – aż boje się, że przy kolejnych seansach zabraknie mi skali ocenowej, a kino tworzone przez młodego reżysera stało się dla mnie tworem przecudownym. Zanim przejdę do właściwej formy recenzowania, chciałabym nadmienić, że te dwa spotkania z canneńskim hitem były moimi pierwszymi z twórczością Dolana i mam nadzieję, że nie ostatnimi.
Matthias i Maxime to rodzaj przygody i odwiedzin wcześniej nieznanego. Wchodząc do Dolanowego świata każdy czuje się jakby znów miał te dwadzieścia lat i dołączył do najbardziej cool paczki na studiach. Co więcej, każdy tam czuje się w pełni akceptowalny, a dzięki dwugodzinnemu seansowi młody twórca niejednokrotnie zwierzy się nam ze swoich problemów. Xavier (a w tym przypadku Maxime) jest znakomitym przyjacielem, który nie dość, że otworzy nam drzwi do tego świata, to jeszcze pozwoli nam zostać na parę dni, dając od razu do zrozumienia, że w tym wąskim gronie każdy znajdzie coś idealnego dla siebie i każdy jest mile widziany.
Kanadyjczyk tworzy przede wszystkim filmy dla siebie, dla swoich znajomych, a w ostateczności dla widzów. W każdej scenie widzimy, że daje z siebie wszystko i chce pokazać, jak wygląda życie kanadyjskich trzydziestolatków. A jak wygląda? Tak samo, jak polskich dwudziestolatków, bo tam za oceanem przedłużyli sobie magiczną barierę bycia dorosłym.
Młodzieżowość Matthias & Maxime nie skupia się tylko na imprezach w przyjacielskim gronie, ale również na codziennych problemach, z którymi musi się mierzyć każdy nastolatek/dwudziestolatek świata. Dolan z niezwykłą lekkością przedstawia te życiowe niuanse. Skupia się na relacjach z rodzicami, tudzież patologiczną matką, przyjaźnią od przedszkola czy późnym zauroczeniem lub niewinną pierwszą miłością, z którą wiązać się będzie szereg niepowodzeń.
Historia przyjaźni Matthiasa i Maxime’a jest relacją jakich wiele w dzisiejszym świecie. Znają się od przedszkola, wspólnie spędzali dzieciństwo, razem dorastali, natomiast pewnego dnia nastąpił ogromny przełom w ich relacji, który spowodował niecodzienną atmosferę w towarzystwie. Wszystko zaczęło się pomału, całkowicie niewinnie, od małego niespodziewanego pocałunku na rzecz etiudy szkolnej siostry znajomego. Krótki pocałunek przerodził się w namiętny romans wspomnianej dwójki, który śledziłam z zapartym tchem. I o ile postać grana przez samego reżysera została stworzona cudownie, tak do Matthiasa mam wiele “ale”. Postać wykreowana przez Gabriela D’Almeidy Freitasa była bardzo zdystansowana, wręcz nieobecna. A Dolan dwoił się i troił, aby wyzbyć się sztuczności kolegi.
To, co kocham najbardziej w kinie, to to, o czym Dolan nie zapomniał. Stworzył wiele kontekstów, ogrom nawiązań i w rezultacie otrzymaliśmy twór niebywałe skończony i doskonały. Dolan potraktował każdego ze swoich odbiorców po przyjacielsku. Bez obaw stworzył kino niesamowicie intymne i do bólu osobiste. Jednocześnie też przełamuje tematy tabu w dzisiejszym świecie i nie boi się zaakcentować swoich przekonań. Wykształcił swobodny gatunek kina, w którym może powiedzieć o sobie, o swoich wzlotach i upadkach, cały czas opierając się na własnych doświadczeniach.
Kino, które stworzył Dolan, jest tym, czego od dawna szukałam. Obrazem stworzonym totalnie pode mnie i ludzi w moim wieku. Kult kina kumplowskiego w przypadku Dolana jest kultem właściwym i żywię wielką nadzieję z tym, że będzie ono cały czas ewoluować. Razem z Dolanem bardzo się polubiliśmy, a twórczość Kanadyjczyka odkryje pomału i liczę mocno na to, że wywoła na mnie takie samo wrażenie za każdym możliwym razem.

Ocena 8/10

Największa fanka autocada i BIMu. Hobbistycznie miłośniczka malarstwa XIX i XX wieku z naciskiem na: Degasa, Klimta i Bacona. W czasie wolnym szuka filmu idealnego, po którym z czystym sumieniem będzie mogła określić X muzę sztuką.